poniedziałek, 5 listopada 2007

Wzdłuż Kaczawy

Kaczawa to rzeka, której początek znajduje się w Górach Ołowianych. Mierzy ok. 86 km i stanowi lewy dopływ Odry. To ona stała się główną bohaterką naszej wędrówki. My (tj. ja i Paweł) postanowiliśmy przejść ok. 2/3 długości Kaczawy – od źródła aż do Legnicy.Zaczęliśmy w sobotę, 3 listopada 2007 w Kaczorowie. Aby w pełni zrealizować nasz plan musieliśmy podejść kawałek do góry (w stronę Marciszowa) i dojść do samego źródełka rzeki, które mieści się na północnych stokach góry Turzec (684 m n.p.m.). Droga najpierw prowadziła asfaltem, a później pojawiły się stosowne tabliczki, nakazujące skręt w błotnistą, polną ścieżkę. Samo źródełko Kaczawy przykryte było grubą warstwą liści i metalową kratką, a obok wisiało kilka tablic pamiątkowo-informacyjnych: dwie niemieckie i jedna polska. Siedzieliśmy tam chyba z godzinę, aby zjeść śniadanie, napatrzeć się na góry w przepięknych barwach jesieni i dobrze zapamiętać źródło tego, co będzie nam towarzyszyło podczas całej, dwudniowej wędrówki.Z Kaczorowa poszliśmy (wzdłuż rzeki oczywiście) do Wojcieszowa, a tam torami doszliśmy do ruin zamku. Co prawda zachował się jedynie kawałek muru, którego z daleka praktycznie nie widać, ale to i tak bardzo ładne miejsce. Dalej wróciliśmy do samego Wojcieszowa, mijając po drodze piękny, stary pałac. Ciągle towarzyszył nam widok wojcieszowskich kamieniołomów i oczywiście gór. Obejrzeliśmy kościoły (katolicki i ewangelicki) i ruszyliśmy dalej: teraz do Świerzawy przez Starą Kraśnicę.Na samym początku Świerzawy stały ogromne ruiny pałacu, które zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Ten zrujnowany kolos z przepiękną bramą rozbudził moją wyobraźnię, która zaraz zaczęła układać tysiące historii, które mogły się tam kiedyś wydarzyć... Jednakże Świerzawa w pamięci pozostanie zwłaszcza dzięki pizzerii, która pojawiła się na naszej drodze akurat w momencie, kiedy byliśmy najbardziej głodni. Miasteczko małe, ale urocze. Zobaczyliśmy w nim elegancki rynek i kilka kościołów: Wniebowzięcia NMP, ewangelicki w rynku (św. Józefa) oraz romański św. Jana.Gdy wychodziliśmy ze Świerzawy zaczynało zmierzchać. Niebo przy zachodzie słońca czarowało przepięknymi barwami, a jako że cały dzień towarzyszyły nam przelotne deszcze, wyglądało ono naprawdę ciekawie, bo nachodziły na siebie różne rodzaje chmur. Przy szarej poświacie weszliśmy na wzgórze w Sędziszowej aby obejrzeć zaznaczone na mapie ruiny kościoła św. Katarzyny. Słowo „ruiny” możnaby zamienić na „resztki”, bo z kościoła został może 4-metrowy kawałek ściany z narożnikiem. Gdy zobaczyliśmy ten zabytek, najpierw ogarnął nas śmiech ale potem Paweł zrobił zdjęcie, na którym kawałek muru wyglądał po prostu niesamowicie!Z minuty na minutę było coraz ciemniej. Sławne Wielkie Organy Wielisławskie (dawny kamieniołom na zboczu góry Wielisławka) oglądaliśmy już po zmroku i może dlatego jeszcze bardziej uderzały swoją potęgą... Nie było jeszcze wtedy całkowicie czarno, ale wystarczająco ciemno, aby żadne zdjęcie nie wyszło – co zostało w pamięci to nasze! Na mapie zaznaczono zaraz za Organami jakąś jaskinię, więc Paweł przebiegł z latarką spory kawałek lasu szukając doń wejścia, które jak się później okazało, stało sobie bezczelnie przy drodze. Wejście było, ale... z drzwiami zamkniętymi na kłódkę. Teraz było już całkowicie czarno. W zupełnych ciemnościach (towarzyszyło nam tylko światełko latarki-czołówki Pawła) szliśmy ładnych parę kilometrów drogą przez Różaną, Nowy Kościół (mieścina, która ciągnęła się chyba z godzinę!), Nową Ziemię aż do Złotoryi. To był chyba najbardziej męczący odcinek – nie dość, że na końcu, kiedy czuliśmy w nogach kilometry przebyte za dnia, to jeszcze po asfalcie, gdzie co chwila mijały nas jakieś samochody, których światła raziły nas w oczy, a rozmiary kazały iść gęsiego, imitacją pobocza, co jakiś czas wpadając w niewidoczną kałużę. I wreszcie Złotoryja! Schronisko młodzieżowe, gdzie mieliśmy nocować wywiesiło informację o godzinach kwaterowania: 17:00-19:00 – my przyszliśmy koło 20:00, więc trzeba było kontaktować się telefonicznie z panią odpowiedzialną za schronisko (dobrze, że Paweł miał jej numer jeszcze z Wrocławia, bo inaczej chyba byśmy spędzili noc pod drzwiami). Schronisko bardzo przyjemne, a najprzyjemniejsza była cena: tylko 10 zł za nocleg!



5 rano. Budzę się, włączam telefon, aby sprawdzić godzinę i słyszę: „też nie śpisz?” – Paweł nie mógł usnąć od 4. Stwierdziliśmy, że więcej snu już nam nie potrzeba i dobrowolnie wstaliśmy parę minut po 5:00! Czy ktoś kiedyś myślał, że jesteśmy normalni? Później ta dodatkowa godzina (planowo mieliśmy wstawać o 6:00) okazała się zbawienna...Dzień drugi zaczęliśmy od Wilczej Góry (inaczej Wilkołak). Wdrapaliśmy się tam zupełnie na dziko, trzymając się drzew i starając nie zjeżdżać po mokrych liściach. Zaczęło padać. Omijając różne ogrodzenia doszliśmy do kopalni bazaltu i już mieliśmy podejść całkiem blisko róży bazaltowej, kiedy Paweł zobaczył w oddali ochroniarza z psami. Nie mieliśmy ochoty sprawdzać, jak szybko te pieski biegają, więc wycofaliśmy się na bezpieczne pozycje i musieliśmy zrezygnować z wejścia na taras. Dalej mieliśmy iść zielonym szlakiem do jaskiń pseudokrasowych w dolinie Drążnicy. Początek drogi był przepiękny! Ścieżka była w całości pokryta złotym dywanem z liści i wyglądało to po prostu rewelacyjnie! Później dywan zrobił się purpurowy, potem brunatny, a na końcu przeklęty, bo pod nim była warstwa śliskiego błota – zjeżdżaliśmy dosłownie po tych liściach i błocie w dół, do pierwszej z jaskiń, tj. Niedźwiedziej Jamy. Dalej był Skalny Wodospad i Wilcza jama – dwie pierwsze jaskinki miały po 2 m długości, a Wilcza Jama aż 7 m. Ledwie opuściliśmy Wilczą Górę deszcz przestał padać, co oczywiście nie oznaczało, że błota było mniej. Podeszliśmy jeszcze dalej zielonym szlakiem na Krucze Skały i wróciliśmy do Złotoryi, skąd dalej kontynuowaliśmy wędrówkę do Legnicy.Ze Złotoryi poszliśmy do Kopacza, gdzie weszliśmy na niebieski szlak, który to miał nas zaprowadzić do celu. Doszliśmy do Rokitnicy. Na mapie zaznaczono tam kościół św. Michała Archanioła i ruiny zamku, w którym bywał Henryk Brodaty, więc poszliśmy w górę wsi, aby obejrzeć te atrakcje. Kościół stał jak należy, ale z zamkiem mieliśmy trochę problemów... Mianowicie z mapy wynikało, że będzie on po lewej stronie drogi, więc szliśmy nią ciągle pod górę. Wieś się skończyła, zaczynał jakiś lasek i pola, a zamku nie widać. Wiedzieliśmy, że niewiele z niego zostało, więc domyślając się, że może być z daleka niewidoczny tak jak ten w Wojcieszowie, biegaliśmy sporo czasu po owym zagajniku i polu szukając zamku. Jedyne co zobaczyliśmy to malutka kupka kamieni i nic ponadto. Zrezygnowani zaczęliśmy wracać. Po drodze Paweł zauważył zalesione wzgórze – co prawda było nie z tej strony co trzeba, ale i tak postanowił pobiec tam i sprawdzić, czy czasem nie kryje się tam nasz zamek (ja miałam już dość szukania nieistniejących ruin, a nawet skłonna byłam myśleć, że resztkami zamku była minięta uprzednio kupka kamieni – zostałam więc na dole). Po paru minutach Paweł wrócił z paroma zdjęciami i filmikiem dowodzącym, że zamek był właśnie na tymże wzgórzu! Cóż – mi przyszło obejść się smakiem...Zaraz za Rokitnicą szlak urwał się i zostawiał nas przed zaoranym polem, dlatego trzeba było rezygnować z niego na rzecz asfaltowej drogi (na szczęście nie była tak ruchliwa jak ta, którą szliśmy do Złotoryi). Dalej przez Wysocko doszliśmy do Rzymówki – tu mieliśmy niezłe szczęście, bo zdecydowaliśmy się na postój w budce na przystanku autobusowym – ledwie usiedliśmy, zaczął padać deszcz, a kiedy zbieraliśmy się do wyjścia nagle przestał.Zaszliśmy do Krotoszyc i idąc w kierunku Dunina widzieliśmy pole bitwy napoleońskiej z 26 VIII 1813 r. (to ta, o której Ernst Moritz Arndt pisał w wierszu: „A nad Kaczawą, nie szczędząc guzów, Nauczył Blücher pływać Francuzów”). Obejrzeliśmy jeden z pomników tejże bitwy i chcieliśmy wejść także do muzeum jej poświęconego, ale w niedzielę było to niemożliwe. Nieopodal Dunina Kaczawa, główna bohaterka naszej wyprawy, połączyła się z Nysą Szaloną i odtąd już cały czas widzieliśmy coraz to bliżej komin naszej legnickiej huty – cel był blisko! Szliśmy teraz wałami lub obok nich, przeszliśmy wiaduktem nad autostradą i chwilę później zobaczyliśmy upragniony napis: „Legnica”! Co prawda do centrum mieliśmy jeszcze spory kawałek drogi (trzeba było przeciąć Lasek Złotoryjski i dojść wałami do parku), ale po dwóch dniach marszu naprawdę miło jest zobaczyć długo wyczekiwaną tabliczkę z nazwą ostatniej miejscowości. Wędrówkę zakończyliśmy na Moście Bielańskim, skąd poszliśmy do mojego domu – wszak pochodzę właśnie z Legnicy!Cała wyprawa była bardzo ciekawa, przepełniona uwielbianą przez nas historią. Paweł miał świetny i bardzo oryginalny pomysł, aby pójść do Legnicy od samego źródła rzeki, która przez nią płynie, obserwować jak zmienia się z małego strumyczka w całkiem sporą rzeczkę, która w dodatku wije się przez Góry Kaczawskie, Pogórze Kaczawskie, Nizinę Śląską, i mija po drodze szereg ciekawych zabytków.

3 SKOMENTUJ:

Fler, 2007-11-05 18:41 pisze...

Zapomniałaś o pamiątce z rajdu w postaci 1/2 cm warstwy błota na nogawkach. Biedna pralka zamuliła się :0 Jak tak dalej pójdzie to PKSy czeka bankructwo z waszego powodu.

Floydianka, 2007-11-05 18:49 pisze...

Po rajdzie jesiennym było więcej błotka :P A co do PKSów... teraz to się mogę nawet zastanowić, czy do Legnicy nie chodzić na piechotę ;)

Pawel QQ, 2007-11-13 15:56 pisze...

Warto dodać, że mój pomysł wędrówki wzdłuż rzeki od jej źródła nie był efektem żadnego olśnienia, ale zaczerpnąłem go z przedwojennego niemieckiego czasopisma "Der Wanderer im Riesengebirge" wydawanego przez Riesengebirgs-Verein czyli Towarzystwo Karkonoskie (nawiasem mówiąc jedna z dwu niemieckojęzycznych tablic przy źródle Kaczawy informowała, że otoczenie źródła zostało poddane renowacji w latach 80. XIX w. przez wojcieszowski oddział RGV). W jednym z artykułów została opisana wędrówka wzdłuż Bobru - od jego źródła do ujścia. Autor artykułu opisywał, jakież to atrakcje napotkał po drodze (skałki, zabytki etc.). My postanowaliśmy, że przejdziemy 2/3 długości rzeki - po pierwsze z braku czasu (w grę wchodziły tylko 2 dni weekendu), po drugie - za Legnicą teren jest praktycznie płaski jak stół, a i godnych uwagi obiektów jest tam jak na lekarstwo (no, może poza Prochowicami).

Może to będzie dziwne, ale jednym z momentów, które najbardziej utkwiły mi w pamięci z opisanej wyprawy, był jeden z ostatnich mostów nad Kaczawą, który przekroczyliśmy - ten tuż przed tablicą z nazwą "Legnica". Bardzo stylowy, XIX-wieczny (na murku po prawej stronie zachował się jeszcze niemiecki napis informujący, że zbudowano go w 1888 r.). Był dla mnie "bramą do Legnicy" :-)

W ogóle podczas wędrówki stale towarzyszyły nam mosty, mostki i wiadukty kolejowe (ta, dziwne, skąd one się wzięły, skoro szliśmy wzdłuż rzeki :D), niektóre bardzo urokliwe (wiele zostało przeze mnie uwiecznionych na fotografiach).

Skoro mowa o wiaduktach kolejowych - w dolinie Kaczawy Niemcy pod koniec XIX w. zbudowali linię kolejową łączącą Legnicę z Marciszowem (tam łączyła się z linią kolejową Wrocław-Jelenia Góra). Obecnie jest ona nieużywana (no, może w rejonie Złotoryi jeżdżą po niej od czasu do czasu pociągi towarowe). Kilkakrotnie podczas wędrówki korzystaliśmy z torowiska jako ścieżki (za Wojcieszowem - idąc do zamku, przed Świerzawą - idąc do pałacu, oraz w rejonie Złotoryi). Tory są jeszcze nieźle zachowane (jak stwierdziłem podczas wyprawy: "Tu muszą mieszkać bogaci ludzie,skoro złomiarze jeszcze nie ukradli szyn" :D).

Zjazd po liściach do jaskiń w dolinie Drążnicy pamiętam aż nadto dobrze - mój nowy polar przeszedł tam chrzest bojowy (polegający na wybłoceniu łokci ;-) ). Potem, szukając kierunku w którym idzie zielony szlak, znaleźliśmy obok Skalnego Wodospadu kamienne schodki, zbudowane w XIX w. przez Niemców jako fragment ścieżki z Jerzmanic Zdroju przez wspomnianą wyżej dolinę na Wilczą Górę/Wilkołaka. Zastanawiałem się, jakież to ważne względy przemawiały za tym, by poprowadzić szlak stromym zboczem, który jesienią pokryje błoto i liście, zamiast tymi wygodnymi schodkami...

Planując wyprawę obliczyłem, że idąc wzdłuż drogi równoległej do Kaczawy (Kaczorów - Wojcieszów - Świerzawa - Złotoryja - Legnica) przejdziemy ok. 56 km - ok. 32 pierwszego i ok. 24 drugiego dnia. De facto przeszliśmy (z różnych powodów) znacznie więcej - ok. 70 (z czego ok. 40 pierwszego dnia). Czuło się ten asfalt w nogach po pierwszym dniu...

Cóż jeszcze można rzec. Wyprawa była oryginalna i niezapomniana. W kolejce czeka wiele innych rzek, które mają swe źródło w Sudetach :-))))