„W niedzielę mam czas, więc moglibyśmy wybrać się na Kłodzką Górę. Możemy jechać stopem.”
– Paweł mocno mnie zaskoczył, ale bardziej niż propozycją spontanicznego wyjazdu, środkiem transportu – przecież on zawsze był do tego raczej negatywnie nastawiony! Mi się oczywiście oczy zaświeciły i mogę ruszać, a najlepiej od razu!
Niedzielny poranek był zimny. Prognozy zapowiadały przyjemny dzień, a jednak chłodny wiaterek robił swoje... Na Bielanach byliśmy dość wcześnie. Optymistycznie nastawiona, bo przecież tydzień temu w sobotę udało się błyskawicznie zatrzymać samochód jadący w tym kierunku, znów napisałam na kartce „Kłodzko”. Był tylko jeden, mały szczegół o którym żadne z nas nie pomyślało: tydzień temu była sobota, natomiast teraz jest niedziela! A zatem tradycyjnie droga w niedzielny poranek była prawie pusta, bo przecież porządny Polak musi wyspać się po tygodniu ciężkiej pracy i raczej się wtedy nigdzie nie wybiera. Machamy i machamy, a tu nic – kicha! Jest nam zimno i zaczynamy się niecierpliwić, ale to Paweł marudzi – ja cierpliwie macham kartką i ręką na przemian. W końcu, po 37minutach czekania zatrzymał się samochód! W środku dwoje młodych ludzi i szok termiczny – jak tu ciepło! Nasi wybawcy też wybierali się w góry – planowali zdobyć Szczeliniec Wielki w Górach Stołowych. Poprosiliśmy, aby wysadzili nas w Bardzie, podziękowaliśmy i mogliśmy ruszać w drogę.
Niedzielny poranek był zimny. Prognozy zapowiadały przyjemny dzień, a jednak chłodny wiaterek robił swoje... Na Bielanach byliśmy dość wcześnie. Optymistycznie nastawiona, bo przecież tydzień temu w sobotę udało się błyskawicznie zatrzymać samochód jadący w tym kierunku, znów napisałam na kartce „Kłodzko”. Był tylko jeden, mały szczegół o którym żadne z nas nie pomyślało: tydzień temu była sobota, natomiast teraz jest niedziela! A zatem tradycyjnie droga w niedzielny poranek była prawie pusta, bo przecież porządny Polak musi wyspać się po tygodniu ciężkiej pracy i raczej się wtedy nigdzie nie wybiera. Machamy i machamy, a tu nic – kicha! Jest nam zimno i zaczynamy się niecierpliwić, ale to Paweł marudzi – ja cierpliwie macham kartką i ręką na przemian. W końcu, po 37minutach czekania zatrzymał się samochód! W środku dwoje młodych ludzi i szok termiczny – jak tu ciepło! Nasi wybawcy też wybierali się w góry – planowali zdobyć Szczeliniec Wielki w Górach Stołowych. Poprosiliśmy, aby wysadzili nas w Bardzie, podziękowaliśmy i mogliśmy ruszać w drogę.
Szliśmy zielonym szlakiem w kierunku Bardzkiej Góry. Kiedy rozmawiałam o planach wyjazdu z Krzyśkiem P., znajomym z grupy, ten polecił mi obejrzenie zamku w okolicach Barda. Zapytałam o ową budowlę Pawła i okazało się, że wystarczy zejść kawałek ze szlaku aby zobaczyć ruiny.
Za wiele z tego zabytku to nie zostało, ale można było sobie wyobrazić, gdzie była wieża, gdzie budynki mieszkalne (sztuk: 1), a gdzie dziedziniec.
Doszliśmy do Kaplicy z Cudownym Źródełkiem. Paweł poszedł zaczerpnąć wody, a ja czekając patrzyłam na drogę, którą przyszliśmy. W pewnym momencie pojawiła się na niej jakaś postać... Wydawało mi się, że skądś znam tę twarz, ale nie byłam pewna. Tak jest! To Bartek, chłopak który też był w ramach w-fu rok temu na turystyce górskiej! Przywitałam się, przedstawiłam go Pawłowi, a zaraz za Bartkiem nadszedł jeszcze jeden chłopak... Tym razem to Paweł uśmiechnął się od ucha do ucha, bo to był Michał – student astronomii, którego znał z Białego Dunajca 2003, 2005 i 2006! Okazało się, że nasi znajomi są na tej samej wycieczce, organizowanej przez astronomów Uniwersytetu Wrocławskiego, a idą w tym kierunku co i my. Skoro się tak miło złożyło, weszliśmy razem na Bardzką Górę, zwanej też inaczej Kalwarią – ze względu na 3 drogi krzyżowe zlokalizowane na jej zboczach: polską, czeską i niemiecką.

Na szczycie stała śliczna kapliczka górska Matki Bożej Płaczącej. Wyjątkowo była ona otwarta (niebawem miała odbyć się Msza) więc korzystając z okazji weszliśmy do środka. Paweł zrobił kilka zdjęć, a ja rejestrowałam wzrokiem przepiękne, oryginalne rzeźby i malunki na suficie. Już siedząc na ławeczce niedaleko kapliczki, Paweł zaczął snuć swoje „opowieści dziwnej treści”, ograbiając przy tym astronomów z czekolady, suszonych owoców i tym podobnych. Później ten precedens będzie się powtarzał.
Zeszliśmy nieco w dół i po niedługim czasie astronomowie zrobili kolejny postój, nieświadomi zagrożenia kolejnym atakiem mojego Pochłaniacza ;) Pogadaliśmy, pośmieliśmy się, a teraz znowu w drogę! Najpierw podejście na Ostrą Górę, a później poszliśmy już na najwyższy szczyt Gór Bardzkich, a więc zasadniczy cel naszej wyprawy: Kłodzką Górę (aż 765 m. n.p.m. – gigant, prawda? ;)).
Dotarliśmy do miejsca, gdzie nasze drogi miały się rozejść. Obie grupy zmierzały do Kłodzka, jednakże innymi drogami (my mieliśmy w planach zwiedzenie miasta, a astronomowie chcieli tylko tam dojść przez góry i wrócić do domów). Już chcieliśmy iść za drogowskazem, aby zdobyć samą Kłodzką Górę, kiedy jeden z astronomów spojrzał w mapę i stwierdził, że szczyt jest poza szlakiem, ukryty w lesie i zaproponował, aby zdobyć „prawdziwy szczyt”. Przystaliśmy na to bez wahania i już po minucie szuraliśmy stopami w gęstej warstwie liści. I zdobyliśmy wierzchołek góry! Stał tam nawet niemiecki słupek – oni wiedzieli, gdzie należy oznaczyć szczyt, natomiast polski szlak prowadził w zupełnie odwrotnym kierunku... Ale mniejsza o to – kolejna górka licząca się do Korony Sudetów zaliczona.


Z astronomami zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie (ja go nie mam), podziękowaliśmy za miłe towarzystwo i każde poszło w swoją stronę. Na naszej trasie znalazła się jeszcze góra Grodzisko, której nazwa była wypisana niebieską farbą na drzewie, Podzamecka Kopa i Przełęcz Kłodzka. Co prawda nie było aż tak ciepło jak tydzień temu w Górach Sowich, ale znów zaświeciło słońce i kolory liści znacznie się ożywiły. Wiem, że się powtarzam, ale muszę: słoneczna jesień w górach jest PIĘKNA!
Zeszliśmy do drogi [Paweł: „ja zbiegałem, a chwilami zsuwałem się po gęstym kobiercu opadłych, suchych liści”] i wyjęliśmy naszą kartkę służącą do zatrzymywania samochodów. Tym razem nie staliśmy pięciu minut, jak zatrzymała się jakaś para. Przy dźwiękach „muzyki” techno zostaliśmy dowiezieni do centrum Kłodzka.
Paweł chciał zwiedzić muzeum i kościół Wniebowzięcia NMP, a ja twierdzę i podziemia. Czasu nie było na tyle dużo, aby zobaczyć wszystko. Najpierw poszliśmy do kościoła, ale ten okazał się zamknięty. Przeszliśmy przez miniaturę Mostu Karola (już trzeci raz zachwycałam się rzeźbami) i niebawem dotarliśmy do Muzeum Ziemi Kłodzkiej. Dobrze trafiliśmy – w niedzielę wstęp darmowy! Jedynym minusem była kartka informująca, że robienie zdjęć w muzeum jest płatne. Całość bardzo mi się podobała! Na dole była wystawa szkła, natomiast piętro wyżej znajdowały się rzeczy związane z historią regionu, sala koncertowa, sala konferencyjna oraz wspaniale urządzona wystawa zegarów, a wśród nich zaaranżowany gabinet Gustava Beckera – właściciela sławnej śląskiej fabryki zegarów w Świebodzicach. Ta ostatnia podobała mi się chyba najbardziej. W salach można było podziwiać przeróżne stare zegary, w wielu miejscach zawieszono cytaty dotyczące czasu, a w jednej z sal podłoga była lustrem, natomiast na suficie zawieszono zegarki tarczami wrócone w dół tak, aby wszystko odbijało się na podłodze – świetny pomysł! Ogółem muzeum zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie, ponieważ wszystkie wystawy zdawały się być dopracowane w każdym szczególe, a wystrój sal pasował do zabytkowej fasady dawnego konwiktu jezuickiego.
Następnie, na moją prośbę, usiedliśmy w centrum miasta aby zjeść kanapkę i napić się herbaty. Mieszkańcy Kłodzka nieco dziwnie na nas patrzyli, kiedy urządziliśmy sobie podwieczorek na ławeczce przy ul Armii Krajowej, a przecież powinni być przyzwyczajeni do widoku turystów... Twierdza Kłodzka. Bilet ulgowy, bez przewodnika 5 zł i lecimy! W salach można przeczytać zawieszone na tablicach historie niektórych więźniów twierdzy i najciekawszych ucieczek. Czytaliśmy też o więźniach fińskich, rozstrzelanych w twierdzy przez nazistów. Później weszliśmy do sali w Dolnym Bastionie, gdzie miało się to stać – okropnie ponure miejsce zwłaszcza, kiedy ma się tak bujną wyobraźnię jak ja... Ale atrakcje czekające na turystów w twierdzy nie ograniczają się do mrocznych opowieści. Wychodząc na najwyższy punkt można podziwiać Kłodzko oraz góry. W oddali były widoczne Góry Bystrzyckie, masyw Śnieżnika, a nawet majaczył się zarys Szczelińca, natomiast patrząc na miasto bardzo ładnie wygląda wieża ratusza, wyraźnie górująca nad resztą budynków.

Niestety na zwiedzenie trasy podziemnej nie starczyło nam czasu. Kłodzko to śliczne miasto! Teren, na którym zostało wybudowane nie jest równy, a pochyłe uliczki robią wrażenie na przybyszach z nizinnych krain. Bardzo chętnie kiedyś tam wrócę, by dokończyć zwiedzanie i czwarty raz zachwycić się rzeźbami na miniaturowym Moście Karola.
Cóż – do środków transportu nie mieliśmy tego dnia szczęścia. Rano czekaliśmy dość długo na stopa, więc Paweł poprosił, abyśmy wracali pociągiem. Przystałam na to, ale takie rozwiązanie wcale nie okazało się bardziej szczęśliwe – wszak w niedzielne popołudnie większość studentów wraca właśnie do Wrocławia z weekendu spędzonego w domu... Pociąg był cały nabity ludźmi, a drogę spędziliśmy w przedsionku. Na początku rozłożyliśmy sobie alumatę i bezczelnie siedzieliśmy, ale za stacją w Kamieńcu Ząbkowickim, gdzie pociąg szturmowała kolejna fala ludzi musieliśmy już stać w tymże korytarzyku.
Już wiem jak czują się sardynki zamknięte w puszce.
Już wiem jak czują się sardynki zamknięte w puszce.Podsumowując wyprawę uważam za udaną. Po pierwsze: pogoda dopisała, po drugie: mamy zaliczony kolejny szczyt do Korony Sudetów i to wraz z jego prawdziwym wierzchołkiem, po trzecie: kaplica górska była otwarta i mieliśmy niepowtarzalną okazję zobaczenia jej od wewnątrz, po czwarte: byliśmy w Kłodzku, a to miasto lubię wyjątkowo, po piąte: mimo wszystko udało się złapać tego stopa i po szóste: jak zawsze wspaniałe towarzystwo Pawła i bonus w postaci astronomów.
Niedziela, 19 października 2008 r.

2 SKOMENTUJ:
Oj, nie szliście tunelami minerskimi? To następnym razem do nadrobienia, bo nie ma to jak poczuć nagły atak klaustrofobii lub nie wytarzać pleców w niskim stropie... ^^
Pozdrawiam -> Belice
Oj skoro już Ty tam "tarzałaś plecy w niskim stropie" to co zrobię ja, z moim 1,77 m wzrostu?! :D Ale trzeba tam kiedyś wejść! :)
Prześlij komentarz