1 lipca 2007 otrzymałam od Pawła QQ SMSa z pytaniem, czy byłabym zainteresowana wyjazdem na tygodniową wędrówkę z plecakiem w Beskid Niski. Odpowiedź była natychmiastowa: pewnie! Dzień później spotkaliśmy się we Wrocławiu i Paweł przedstawił mi szczegóły: mieliśmy za pomocą kombinacji różnych szlaków przejść cały Beskid Niski od Gorlic do Komańczy targając ze sobą plecaki z tygodniowym zaopatrzeniem i namiot. Wyjazd zaplanowaliśmy na 5 lipca.
Dzień przed wyjazdem na wędrówkę zdecydowała się jeszcze Ola S., więc 5 lipca troje śmiałków wsiadło do pociągu zmierzającego do Krakowa, skąd później udaliśmy się PKSem do Gorlic. Podróż zajęła nam praktycznie cały dzień i udało mi się podczas niej dowieść, że na stojąco również da się zasnąć – w PKSie nie było już miejsc siedzących, ale i tak nie przeszkodziło mi to w spaniu. W Gorlicach ugościła nas niezwykle miła ciocia Pawła, tak więc pierwszy nocleg wspominamy bardzo dobrze i wraz z Olą będziemy mówić o tej pani w samych superlatywach.
Dzień pierwszy wędrówki (piątek, 6 lipca 2007)
Rano za oknem szalał wiatr i co chwila przesuwały się czarne, deszczowe chmury. Dzień miał być lekki – taka tras
ka w sam raz na rozchodzenie się prowadząca od Gorlic, przez Przełęcz Żdżar, Magurę Małastowską do schroniska PTTK właśnie na Magurze. Przeczekaliśmy kilka fal przelotnych deszczów i ruszyliśmy. Daleko nie zaszliśmy, a już znów zaczęło padać. Deszcz ciągle przychodził i odchodził i w nim to właśnie wędrowaliśmy pierwszy dzień. Już wtedy mogliśmy zauważyć, że Beskid Niski to nie będą raczej góry o przecudnych widokach – jedyne co oglądaliśmy tego dnia to Gorlice ze wzgórza zaraz za miastem, a o tym, że stoimy w najwyższym punkcie Magury Małastowskiej poinformowała nas jedynie tabliczka. Dojście do celu poszło nam tak szybko, że postanowiliśmy, że zamiast siedzieć bezczynnie resztę dnia, przejdziemy jeszcze trasę przewidzianą na dzień następny, tak więc po postoju przy schronisku PTTK, gdzie pewien pies na swoje legowisko obrał stół i za ni
c nie chciał z niego zejść, ruszyliśmy do Bartnego. Deszcz już nie padał, więc szło się całkiem miło poza tym, że z lekkiej traski „na rozchodzenie się” wyszedł nam chyba 9-godzinny szlak. Przez pierwsze dwa dni bardzo ciążył mi plecak – dopiero potem ramiona przywykły do tego ciężaru i przestał być on problemem. Paweł okazał się prawdziwym siłaczem – jego plecak ważył tyle, że kiedy spróbowałam go unieść nie dałam rady go w ogóle ruszyć z miejsca, a kiedy Paweł włożył mi go na plecy od razu wygięłam się do tyłu i nie utrzymałam tego plecaka ani przez minutę. Do tego jeszcze namiot. Paweł co prawda zobowiązał się, że będzie go nosił, ale ja i Ola przejmowałyśmy go od QQ, kiedy widziałyśmy, że ma już dosyć. Namiot ważył dokładnie 4,6 kg, a trzeciego dnia, kiedy niosłam go półtorej godziny, zaczęłam nazywać Gienkiem mój „kiełkujący biceps” – szczerze podziwiam Pawła, że szedł całą drogę z takimi ciężarami. Szczęśliwie dotarliśmy do Bacówki PTTK w Bartnem, gdzie spędziliśmy noc. Już tego dnia u Oli pojawiły się pierwsze problemy ze ścięgnem, ale dzielnie szła do przodu. W nocy podobno jacyś ludzie w Bacówce strasznie hałasowali, ale mi to w niczym nie przeszkodziło i spałam jak zabita – skoro potrafię usnąć na stojąco w autobusie to czemu miałyby mnie zbudzić jakieś głosy?
Dzień drugi (sobota, 7 lipca 2007)
Plan: Magura Wątkowska – Przełęcz Hałbowska – Krempna. Pogoda była już ładna, ale po deszczach dnia poprzedniego pozostało straszne błoto na drogach. Na trasie mnóstwo było błotnistych jezior, które omijaliśmy najdziwniejszymi sposobami, a gdyby nie pomocna dłoń Pawła pewnie przy którymś z
e skoków skąpałabym się w owym błotku. Ola miała trudniejsze zadanie, bo nie dość, że ból ścięgna stawał się coraz silniejszy, to jeszcze musiała bezpiecznie przenieść aparat fotograficzny, który wisiał na jej szyi – upadek groziłby pewnie jego utratą. Tu już zaczęły po mału wyłazić niedoskonałości szlaków, które bywały bardzo słabiutko oznaczone, a drogi zdarzały się całk
iem niewidoczne. Raz udało nam się pójść w złą stronę i potem trzeba było się cofać – na szczęście niedaleko. Na końcu trasa została zmodyfikowana tak, aby zahaczyć jeszcze o Kotań, gdzie znajduje się śliczna, drewniana cerkiew. W Krempnej dzięki negocjatorskim zdolnościom Oli udało się załatwić tani nocleg w agroturystyce. Jak zawsze dzień zakończył się bezczynnym leżeniem i patrzeniem w sufit, ale w pewnym momencie znudziło nam się to, więc poszłam z Pawłem sprawdzić o której są msze w tamejszym kościele (wszak dzień następny to niedziela), autobusy dla Oli – tutaj niestety zapadła decyzja o tym, że nasza koleżanka nie pójdzie dalej, ale walczyła dzielnie i jestem pełna podziwu, jak ostatni dzień szła pomimo ostrej kontuzji), poszukać sklepu (równiutki, radosny okrzyk: „sklep!” został mi w pamięci, bo nadzieje na znalezienie
czegoś otwartego w wiosce, w sobotnie popołudnie były małe), a także okazało się, że w pobliżu znajduje się cmentarz poległych w I wojnie światowej, więc co zrobili historycy? Oczywiście zaczęli włazić na górę zgodnie z drogowskazem, chociaż wskazywał on na jakieś pola. Później mijaliśmy jeszcze wiele innych podobnych cmentarzy, ale ten wydał mi się szczególnie uroczy. Wróciliśmy do domu i... dalej nudno! W pewnym momencie zaczęłam kombinować: „zróbmy coś ciekawego...”, „co na przykład?”, „nie wiem...”, 15 minut później: „o której dziś zachodzi słońce?” i tym oto sposobem z tej samej górki, na której wcześniej oglądałam cmentarz, wieczorem podziwiałam pierwszy raz słońce zachodzące w górach.
Dzień trzeci (niedziela, 8 lipca 2007)
Dzień zaczęliśmy mszą o 7:30, a zapowiadał się on ciężko – Paweł wskazywał, że to na tą dobę przypada najdłuższa trasa, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że będzie ona zarazem najtrudniejszą technicznie. Pożegnaliśmy się z Olą, która postanowiła zostać w agroturystyce i wyruszyliśmy w drogę. Wszystko było dobrze (nie licząc zgubienia szlaku, bo ostatecznie droga, która poszliśmy połączyła
się z nasza trasą), póki nie doszliśmy do lasu. U wejścia stał znak drogowy, oznaczający trasę spacerową, ale już od pierwszych kroków było dla nas jasne, że przyjemny spacerek to to nie będzie. Drogi praktycznie nie było. Przedzieraliśmy się ładnych parę kilometrów przez dzikie chaszcze, kłujące rośliny i błota. I mi i Pawłowi udało się tam zaliczyć malutki wypadek – ten Pawła wyglądał nawet groźnie, ale na szczęście wyszliśmy z tego cało. Kiedy doszliśmy do normalnej drogi usiedliśmy i zaczęliśmy wycierać krew z wojennych ran. Oboje mieliśmy spodnie długości ¾, wiec nogi były strasznie podrapane przez te kłujące zielska i przypominały kaktus. Góra która nas tak niemile potraktowała nosi nazwę Kamień, a dalej poszliśmy na Łysą Górę. Na nią również wchodziło się ciężko, ale to dlatego, że ta góra faktycznie była łysa i wspinaliśmy się w samo południe przy ostrym słońcu, które jak na złość akurat wtedy postanowiło wyjść zza chmur. Trasa była trudna, ale w ramach rekompensaty mogliśmy podziwiać śliczne
widoczki. Celem była Dukla, a mieliśmy tam dojść przez Polanę i Chyrową. Szliśmy i szliśmy... Trasa była rzeczywiście bardzo długa. W pewnym momencie doszliśmy do polanki, gdzie z wielką przyjemnością położyliśmy się w cieniu brzózki i jakiegoś iglaka. Tak miło się odpoczywało patrząc sobie na piękny krajobraz, że nijak nie mogliśmy zmusić się do wstania i pójścia dalej, zwłaszcza, że przed sobą widzieliśmy jakąś wioskę w dolinie, górę, a z tą właśnie górą, czekał nasz cel: Dukla. W końcu poskromiwszy swoje lenistwo zeszliśmy na dół i staraliśmy się znaleźć szlak, prowadzący na ową górę, która została nam do przejścia. Skakaliśmy przez potoczki po kamieniach, biegaliśmy raz w jedną, raz w drugą stronę, a szlaku nie widać. Cóż – pozostało tylko iść „na czuja” przez pola do góry. I tak też szliśmy, a raczej leźliśmy, bo ten odcinek nieźle dał nam w kość, przez ogrodzone łąki, na których pasły się czyjeś krowy, by w końcu, już prawie na szycie znaleźć szlak, którym to mieliśmy iść (wciąż nie wiemy, w którym miejscu zaczął iść do góry, ale jakoś nie mieliśmy ochoty zejść i sprawdzić, gdzie pomyliliśmy drogę). Na szczycie czekał na nas mały zagajnik, gdzie zatrzymaliśmy się na postój. Ku mojej wielkiej radości rosły tam maliny, więc Paweł posilał się standardowo kanapkami, a Alina oczywiście pobiegła zbierać maliny (na szczę
ście nie pojawiła się żadna zła Balladyna i nic mi się nie stało). A potem już tylko zostało zejście do Dukli. Tego dnia wymyśliłam sobie pewien cel, który towarzyszył mi przez całą drogę, od momentu wchodzenia na Łysą Górę: zimne piwo. I po to właśnie piwo szłam przez cały dzień do Dukli. Ostatni postój również zapamiętałam, bo był on na skraju lasu, kiedy widzieliśmy już przed sobą, w dole Duklę i tak siedzieliśmy patrząc, jak mało już zostało do celu. I w końcu doszliśmy do schroniska PTTK w Dukli. A w miasteczku środek imprezy! Występowały jakieś beznadziejne zespoły z piosenkami typu „Poszła Karolinka”, a gwiazdą wieczoru miał być Norbi. Mieliśmy ochotę na jakąś inną obiado-kolację niż codzienne zupki chińskie, więc poszliśmy do pizzerii. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że na pizzę czekaliśmy chyba z półtorej godziny! I na koniec realizacja mojego marzenia, które udzieliło się także Pawłowi: piwo!
Dzień czwarty (poniedziałek, 9 lipca 2007)
Jako że poprzedni dzień był na prawdę męczący, postanowiliśmy zmodyfikować trasę tak, aby ominąć na początku jedną górkę i zrobić sobie trochę lżejszy dzionek, tak więc wyruszyliśmy o bezczelnie późnej porze, bo o 11:30 i podjechaliśmy do Trzciany. Tego dnia wspinaliśmy się na Piotrusia. Zaczęło się od szukan
ia szlaku. Oznaczenie było takie, że chyba z godzinę biegaliśmy po jednej polanie w poszukiwaniu odpowiednich oznaczeń. A potem już tylko do góry, i do góry... Droga wiodła przez las, błota, znowu te same krwiopijcze rośliny, które czepiały się już poranionych miejsc i atrakcja dodatkowa: osy! Chyba zdarzyło nam się wdepnąć w jakiś mały rój os, bo i mnie i Pawła użądliły te paskudy. Szliśmy już czwarty dzień i jak dotąd na szlaku nie spotkaliśmy ani jednego turysty. Pierwszy (i jedyny) pojawił się właśnie na szczycie Piotrusia. Andrzej, bo tak miał na imię, był studentem III roku archeologii na Uniwersytecie Rzeszowskim i również zmierzał do chatki studenckiej w Zyndramowej (tam planowaliśmy nocleg). Zaczęliśmy iść, ale Andrzej szybko stwierdził, że nasze tempo jest zabójcze i został daleko w tyle. Zaczekaliśmy na niego pod Piotrusiem i razem mieliśmy iść przez Ostrą do chatki studenckiej. Na Ostrą miał prowadzić zielony szlak. Znaleźliśmy początek szlaku, ale (jak się później okazało) to, czym poszliśmy nie było szlakiem właściwym, tylko droga po jakimś rezerwacie. Tak więc pędziliśmy do góry myśląc, że wspinamy się właśnie na Ostrą po to, aby potem znaleźć się w dokładnie tym samym miejscu, z którego wyszliśmy. Okazało się, że przebiegliśmy się po jakimś rezerwacie i skończyło się to tak, że siedzieliśmy znów przed dokładnie tą samą bramką, którą weszliśmy patrząc na nią wzrokiem pełnym beznadziei i zniechęcenia. Ale poszliśmy dalej, już właściwa drogą. Na Ostrą dosłownie wlekliśmy się, a nie wchodziliśmy. Dla mnie to był kryzysowy moment naszej wędrówki. Szczyt wyznaczała figurka Matki B
oskiej przy której siedzieliśmy chyba dosyć długo, a ja leczyłam swój kryzys śmiechem – moja radość była po prostu niezmierzona, kiedy weszliśmy w końcu na ten szczyt. A potem już tylko zejście do Zyndramowej. Ścigaliśmy się z słońcem (ważne było przecież aby wyjść z gór przed zachodem) i burzą – krążyła wielka, czarna chmura. Marzeniem tego dnia (tym razem pomysłodawcą był Paweł) był napój pełen chemii, jakaś paskudna coca-cola, oranżada albo podobne, niezdrowe, kolorowe świństwo. Nasza wymarzona „chemioterapia” doszła do skutku kiedy już zeszliśmy do Zyndramowej i na drodze do chatki spotkaliśmy sklep – pojawił się w idealnym momencie, bo akurat zaczęło lać, więc przeczekaliśmy największy deszcz na ganku sklepu i dalej szliśmy już przy mniejszych opadach. Chatka studencka. Miejsce pełne wesołych studentów (tu też znów spotkaliśmy Andrzeja, który znał skrót i doszedł szybciej), prowadzących pseudohistoryczne dysputy, z których my, wielcy historycy, nie mogliśmy się naśmiać kiedy to słyszeliśmy je zza ściany konsumując zupki chińskie (byliśmy zmęczeni, więc nie poszliśmy do nich aby się powymądrzać). Potem Adi i jego karty: siedzimy sobie w kuchni, a tu podchodzi do nas chłopak i zaczyna rozdawać karty do gry i dopiero kiedy spytaliśmy, powiedział nam, że właśnie gramy z nim w „Makao”. Adi był już po paru piwach, więc reszta studenckiej ekipy później z łatwością wmówiła mu, że „dziś jest czwartek”. Chatka studencka miała w swoim wyposażeniu wiele ciekawych rekwizytów, na przekład wielką kolekcję najróżniejszych butelek po alkoholach ustawioną w kuchni, ale w łazience trzeba było nakombinować się przy myciu nad miską wody „od sąsiada, który to lubi kosić trawę przy studni”. I na koniec tego szalonego dnia jeszcze nocna burza. Pioruny trzaskały dookoła przez całą noc, bo burza ciągle przychodziła i odchodziła. Ta chatka studencka to na prawdę urocze miejsce, w którym wakacje spędzali nietuzinkowi ludzie – szkoda, że byliśmy tam tylko przelotem i nie zdążyliśmy się bardziej z nimi zintegrować.
Dzień piąty (wtorek, 10 lipca 2007)
Już od rana padało. Niebo było w całości spowite chmurami. Pierwszego dnia myśleliśmy, że tamto wtedy to już była deszczowa pogoda – myliliśmy się! Dopiero piątego dnia poznaliśmy prawdziwy deszcz! Od rana do wieczora non stop padało. Nie kropiło, nie żaden tam kapuśniaczek, ale regularny deszcz. Na początku mieliśmy problem ze znalezieniem szlaku (wszak gubienie się to nasza specjalność), ale dzięki doskonałej orientacji w terenie Pawła, jego mapie i kompasowi wyszliśmy tak, jak trzeba, chociaż nie szliśmy niekiedy żadną drogą, ale zwykłym lasem. Najprzyjemn
iejszym motywem podczas wędrówki dnia piątego była zamykana budka stojąca przy drodze. Siedzieliśmy w niej delektując się każdą minutą bez deszczu i kanapkami, które dzięki tejże budce mogliśmy spreparować. W pamięci został jeszcze pomarańczowy Żuk, który przejeżdżał koło nas chyba z pięć razy, a którego załoga szukała jakichś czterech kobiet. W końcu trzeba było wyjść z naszej budki i pójść dalej w deszczu. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki – nasze firmowe kurtki „przeciwdeszczowe” też przesiąkły, a buty były tak mokre, że w pewnym momencie bez trudu wyobraziłam sobie, że zamiast błotnistą, górską drogą idę brzegiem morza. Drzewa zamieniły się w fontanny (to bardzo ciekawy widok, kiedy po pniach drzew płyną strugi wody), a idąc po drogach brodziliśmy po błotach i strumieniach, których omijanie straciło już całkiem sens (zresztą dookoła było tak mokro, że można było wybrać sobie jedynie głębokość błota, w które się zapadnie) – tutaj właśnie zaczęłam porównywać Beskid Niski do wietnamskich dżungli. Tego dnia zmierzaliśmy do Jas
ielu, czyli miejsca, gdzie kiedyś była wieś, a obecnie stoi tam jedynie kilka pomników i nagrobków upamiętniających wojnę i to, że tam kiedyś tętniło życie oraz pole namiotowe. Deszcz zrobił nam tę przysługę i przynajmniej na czas rozbijania namiotu przestał padać. Oczywiście byliśmy sami, bo jak już pisałam te góry nie są zbyt popularne. Opis tej nocy może wyglądać jak wyjęty z horroru: namiot rozbity w środku miejsca, gdzie kiedyś była wieś, a teraz bardziej przypomina to cmentarz, najbliższa miejscowość daleko, dookoła zapomniane przez wszystkich góry, gdzieś na samym końcu Polski, a w nocy jeszcze przyszedł wiatr i kolejna ulewa – noc czarna jakich mało, bo chmury całkiem zasłoniły niebo, deszcz bębni w namiot, a wiatr szarpie go na boki i jeszcze oczywiście jako że sceneria taka a nie inna, wydawało mi się, że słyszę jakieś kroki.
Dzień przed wyjazdem na wędrówkę zdecydowała się jeszcze Ola S., więc 5 lipca troje śmiałków wsiadło do pociągu zmierzającego do Krakowa, skąd później udaliśmy się PKSem do Gorlic. Podróż zajęła nam praktycznie cały dzień i udało mi się podczas niej dowieść, że na stojąco również da się zasnąć – w PKSie nie było już miejsc siedzących, ale i tak nie przeszkodziło mi to w spaniu. W Gorlicach ugościła nas niezwykle miła ciocia Pawła, tak więc pierwszy nocleg wspominamy bardzo dobrze i wraz z Olą będziemy mówić o tej pani w samych superlatywach.
Dzień pierwszy wędrówki (piątek, 6 lipca 2007)
Rano za oknem szalał wiatr i co chwila przesuwały się czarne, deszczowe chmury. Dzień miał być lekki – taka tras
ka w sam raz na rozchodzenie się prowadząca od Gorlic, przez Przełęcz Żdżar, Magurę Małastowską do schroniska PTTK właśnie na Magurze. Przeczekaliśmy kilka fal przelotnych deszczów i ruszyliśmy. Daleko nie zaszliśmy, a już znów zaczęło padać. Deszcz ciągle przychodził i odchodził i w nim to właśnie wędrowaliśmy pierwszy dzień. Już wtedy mogliśmy zauważyć, że Beskid Niski to nie będą raczej góry o przecudnych widokach – jedyne co oglądaliśmy tego dnia to Gorlice ze wzgórza zaraz za miastem, a o tym, że stoimy w najwyższym punkcie Magury Małastowskiej poinformowała nas jedynie tabliczka. Dojście do celu poszło nam tak szybko, że postanowiliśmy, że zamiast siedzieć bezczynnie resztę dnia, przejdziemy jeszcze trasę przewidzianą na dzień następny, tak więc po postoju przy schronisku PTTK, gdzie pewien pies na swoje legowisko obrał stół i za ni
c nie chciał z niego zejść, ruszyliśmy do Bartnego. Deszcz już nie padał, więc szło się całkiem miło poza tym, że z lekkiej traski „na rozchodzenie się” wyszedł nam chyba 9-godzinny szlak. Przez pierwsze dwa dni bardzo ciążył mi plecak – dopiero potem ramiona przywykły do tego ciężaru i przestał być on problemem. Paweł okazał się prawdziwym siłaczem – jego plecak ważył tyle, że kiedy spróbowałam go unieść nie dałam rady go w ogóle ruszyć z miejsca, a kiedy Paweł włożył mi go na plecy od razu wygięłam się do tyłu i nie utrzymałam tego plecaka ani przez minutę. Do tego jeszcze namiot. Paweł co prawda zobowiązał się, że będzie go nosił, ale ja i Ola przejmowałyśmy go od QQ, kiedy widziałyśmy, że ma już dosyć. Namiot ważył dokładnie 4,6 kg, a trzeciego dnia, kiedy niosłam go półtorej godziny, zaczęłam nazywać Gienkiem mój „kiełkujący biceps” – szczerze podziwiam Pawła, że szedł całą drogę z takimi ciężarami. Szczęśliwie dotarliśmy do Bacówki PTTK w Bartnem, gdzie spędziliśmy noc. Już tego dnia u Oli pojawiły się pierwsze problemy ze ścięgnem, ale dzielnie szła do przodu. W nocy podobno jacyś ludzie w Bacówce strasznie hałasowali, ale mi to w niczym nie przeszkodziło i spałam jak zabita – skoro potrafię usnąć na stojąco w autobusie to czemu miałyby mnie zbudzić jakieś głosy?Dzień drugi (sobota, 7 lipca 2007)
Plan: Magura Wątkowska – Przełęcz Hałbowska – Krempna. Pogoda była już ładna, ale po deszczach dnia poprzedniego pozostało straszne błoto na drogach. Na trasie mnóstwo było błotnistych jezior, które omijaliśmy najdziwniejszymi sposobami, a gdyby nie pomocna dłoń Pawła pewnie przy którymś z
e skoków skąpałabym się w owym błotku. Ola miała trudniejsze zadanie, bo nie dość, że ból ścięgna stawał się coraz silniejszy, to jeszcze musiała bezpiecznie przenieść aparat fotograficzny, który wisiał na jej szyi – upadek groziłby pewnie jego utratą. Tu już zaczęły po mału wyłazić niedoskonałości szlaków, które bywały bardzo słabiutko oznaczone, a drogi zdarzały się całk
iem niewidoczne. Raz udało nam się pójść w złą stronę i potem trzeba było się cofać – na szczęście niedaleko. Na końcu trasa została zmodyfikowana tak, aby zahaczyć jeszcze o Kotań, gdzie znajduje się śliczna, drewniana cerkiew. W Krempnej dzięki negocjatorskim zdolnościom Oli udało się załatwić tani nocleg w agroturystyce. Jak zawsze dzień zakończył się bezczynnym leżeniem i patrzeniem w sufit, ale w pewnym momencie znudziło nam się to, więc poszłam z Pawłem sprawdzić o której są msze w tamejszym kościele (wszak dzień następny to niedziela), autobusy dla Oli – tutaj niestety zapadła decyzja o tym, że nasza koleżanka nie pójdzie dalej, ale walczyła dzielnie i jestem pełna podziwu, jak ostatni dzień szła pomimo ostrej kontuzji), poszukać sklepu (równiutki, radosny okrzyk: „sklep!” został mi w pamięci, bo nadzieje na znalezienie
czegoś otwartego w wiosce, w sobotnie popołudnie były małe), a także okazało się, że w pobliżu znajduje się cmentarz poległych w I wojnie światowej, więc co zrobili historycy? Oczywiście zaczęli włazić na górę zgodnie z drogowskazem, chociaż wskazywał on na jakieś pola. Później mijaliśmy jeszcze wiele innych podobnych cmentarzy, ale ten wydał mi się szczególnie uroczy. Wróciliśmy do domu i... dalej nudno! W pewnym momencie zaczęłam kombinować: „zróbmy coś ciekawego...”, „co na przykład?”, „nie wiem...”, 15 minut później: „o której dziś zachodzi słońce?” i tym oto sposobem z tej samej górki, na której wcześniej oglądałam cmentarz, wieczorem podziwiałam pierwszy raz słońce zachodzące w górach.Dzień trzeci (niedziela, 8 lipca 2007)
Dzień zaczęliśmy mszą o 7:30, a zapowiadał się on ciężko – Paweł wskazywał, że to na tą dobę przypada najdłuższa trasa, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że będzie ona zarazem najtrudniejszą technicznie. Pożegnaliśmy się z Olą, która postanowiła zostać w agroturystyce i wyruszyliśmy w drogę. Wszystko było dobrze (nie licząc zgubienia szlaku, bo ostatecznie droga, która poszliśmy połączyła
się z nasza trasą), póki nie doszliśmy do lasu. U wejścia stał znak drogowy, oznaczający trasę spacerową, ale już od pierwszych kroków było dla nas jasne, że przyjemny spacerek to to nie będzie. Drogi praktycznie nie było. Przedzieraliśmy się ładnych parę kilometrów przez dzikie chaszcze, kłujące rośliny i błota. I mi i Pawłowi udało się tam zaliczyć malutki wypadek – ten Pawła wyglądał nawet groźnie, ale na szczęście wyszliśmy z tego cało. Kiedy doszliśmy do normalnej drogi usiedliśmy i zaczęliśmy wycierać krew z wojennych ran. Oboje mieliśmy spodnie długości ¾, wiec nogi były strasznie podrapane przez te kłujące zielska i przypominały kaktus. Góra która nas tak niemile potraktowała nosi nazwę Kamień, a dalej poszliśmy na Łysą Górę. Na nią również wchodziło się ciężko, ale to dlatego, że ta góra faktycznie była łysa i wspinaliśmy się w samo południe przy ostrym słońcu, które jak na złość akurat wtedy postanowiło wyjść zza chmur. Trasa była trudna, ale w ramach rekompensaty mogliśmy podziwiać śliczne
widoczki. Celem była Dukla, a mieliśmy tam dojść przez Polanę i Chyrową. Szliśmy i szliśmy... Trasa była rzeczywiście bardzo długa. W pewnym momencie doszliśmy do polanki, gdzie z wielką przyjemnością położyliśmy się w cieniu brzózki i jakiegoś iglaka. Tak miło się odpoczywało patrząc sobie na piękny krajobraz, że nijak nie mogliśmy zmusić się do wstania i pójścia dalej, zwłaszcza, że przed sobą widzieliśmy jakąś wioskę w dolinie, górę, a z tą właśnie górą, czekał nasz cel: Dukla. W końcu poskromiwszy swoje lenistwo zeszliśmy na dół i staraliśmy się znaleźć szlak, prowadzący na ową górę, która została nam do przejścia. Skakaliśmy przez potoczki po kamieniach, biegaliśmy raz w jedną, raz w drugą stronę, a szlaku nie widać. Cóż – pozostało tylko iść „na czuja” przez pola do góry. I tak też szliśmy, a raczej leźliśmy, bo ten odcinek nieźle dał nam w kość, przez ogrodzone łąki, na których pasły się czyjeś krowy, by w końcu, już prawie na szycie znaleźć szlak, którym to mieliśmy iść (wciąż nie wiemy, w którym miejscu zaczął iść do góry, ale jakoś nie mieliśmy ochoty zejść i sprawdzić, gdzie pomyliliśmy drogę). Na szczycie czekał na nas mały zagajnik, gdzie zatrzymaliśmy się na postój. Ku mojej wielkiej radości rosły tam maliny, więc Paweł posilał się standardowo kanapkami, a Alina oczywiście pobiegła zbierać maliny (na szczę
ście nie pojawiła się żadna zła Balladyna i nic mi się nie stało). A potem już tylko zostało zejście do Dukli. Tego dnia wymyśliłam sobie pewien cel, który towarzyszył mi przez całą drogę, od momentu wchodzenia na Łysą Górę: zimne piwo. I po to właśnie piwo szłam przez cały dzień do Dukli. Ostatni postój również zapamiętałam, bo był on na skraju lasu, kiedy widzieliśmy już przed sobą, w dole Duklę i tak siedzieliśmy patrząc, jak mało już zostało do celu. I w końcu doszliśmy do schroniska PTTK w Dukli. A w miasteczku środek imprezy! Występowały jakieś beznadziejne zespoły z piosenkami typu „Poszła Karolinka”, a gwiazdą wieczoru miał być Norbi. Mieliśmy ochotę na jakąś inną obiado-kolację niż codzienne zupki chińskie, więc poszliśmy do pizzerii. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że na pizzę czekaliśmy chyba z półtorej godziny! I na koniec realizacja mojego marzenia, które udzieliło się także Pawłowi: piwo!Dzień czwarty (poniedziałek, 9 lipca 2007)
Jako że poprzedni dzień był na prawdę męczący, postanowiliśmy zmodyfikować trasę tak, aby ominąć na początku jedną górkę i zrobić sobie trochę lżejszy dzionek, tak więc wyruszyliśmy o bezczelnie późnej porze, bo o 11:30 i podjechaliśmy do Trzciany. Tego dnia wspinaliśmy się na Piotrusia. Zaczęło się od szukan
ia szlaku. Oznaczenie było takie, że chyba z godzinę biegaliśmy po jednej polanie w poszukiwaniu odpowiednich oznaczeń. A potem już tylko do góry, i do góry... Droga wiodła przez las, błota, znowu te same krwiopijcze rośliny, które czepiały się już poranionych miejsc i atrakcja dodatkowa: osy! Chyba zdarzyło nam się wdepnąć w jakiś mały rój os, bo i mnie i Pawła użądliły te paskudy. Szliśmy już czwarty dzień i jak dotąd na szlaku nie spotkaliśmy ani jednego turysty. Pierwszy (i jedyny) pojawił się właśnie na szczycie Piotrusia. Andrzej, bo tak miał na imię, był studentem III roku archeologii na Uniwersytecie Rzeszowskim i również zmierzał do chatki studenckiej w Zyndramowej (tam planowaliśmy nocleg). Zaczęliśmy iść, ale Andrzej szybko stwierdził, że nasze tempo jest zabójcze i został daleko w tyle. Zaczekaliśmy na niego pod Piotrusiem i razem mieliśmy iść przez Ostrą do chatki studenckiej. Na Ostrą miał prowadzić zielony szlak. Znaleźliśmy początek szlaku, ale (jak się później okazało) to, czym poszliśmy nie było szlakiem właściwym, tylko droga po jakimś rezerwacie. Tak więc pędziliśmy do góry myśląc, że wspinamy się właśnie na Ostrą po to, aby potem znaleźć się w dokładnie tym samym miejscu, z którego wyszliśmy. Okazało się, że przebiegliśmy się po jakimś rezerwacie i skończyło się to tak, że siedzieliśmy znów przed dokładnie tą samą bramką, którą weszliśmy patrząc na nią wzrokiem pełnym beznadziei i zniechęcenia. Ale poszliśmy dalej, już właściwa drogą. Na Ostrą dosłownie wlekliśmy się, a nie wchodziliśmy. Dla mnie to był kryzysowy moment naszej wędrówki. Szczyt wyznaczała figurka Matki B
oskiej przy której siedzieliśmy chyba dosyć długo, a ja leczyłam swój kryzys śmiechem – moja radość była po prostu niezmierzona, kiedy weszliśmy w końcu na ten szczyt. A potem już tylko zejście do Zyndramowej. Ścigaliśmy się z słońcem (ważne było przecież aby wyjść z gór przed zachodem) i burzą – krążyła wielka, czarna chmura. Marzeniem tego dnia (tym razem pomysłodawcą był Paweł) był napój pełen chemii, jakaś paskudna coca-cola, oranżada albo podobne, niezdrowe, kolorowe świństwo. Nasza wymarzona „chemioterapia” doszła do skutku kiedy już zeszliśmy do Zyndramowej i na drodze do chatki spotkaliśmy sklep – pojawił się w idealnym momencie, bo akurat zaczęło lać, więc przeczekaliśmy największy deszcz na ganku sklepu i dalej szliśmy już przy mniejszych opadach. Chatka studencka. Miejsce pełne wesołych studentów (tu też znów spotkaliśmy Andrzeja, który znał skrót i doszedł szybciej), prowadzących pseudohistoryczne dysputy, z których my, wielcy historycy, nie mogliśmy się naśmiać kiedy to słyszeliśmy je zza ściany konsumując zupki chińskie (byliśmy zmęczeni, więc nie poszliśmy do nich aby się powymądrzać). Potem Adi i jego karty: siedzimy sobie w kuchni, a tu podchodzi do nas chłopak i zaczyna rozdawać karty do gry i dopiero kiedy spytaliśmy, powiedział nam, że właśnie gramy z nim w „Makao”. Adi był już po paru piwach, więc reszta studenckiej ekipy później z łatwością wmówiła mu, że „dziś jest czwartek”. Chatka studencka miała w swoim wyposażeniu wiele ciekawych rekwizytów, na przekład wielką kolekcję najróżniejszych butelek po alkoholach ustawioną w kuchni, ale w łazience trzeba było nakombinować się przy myciu nad miską wody „od sąsiada, który to lubi kosić trawę przy studni”. I na koniec tego szalonego dnia jeszcze nocna burza. Pioruny trzaskały dookoła przez całą noc, bo burza ciągle przychodziła i odchodziła. Ta chatka studencka to na prawdę urocze miejsce, w którym wakacje spędzali nietuzinkowi ludzie – szkoda, że byliśmy tam tylko przelotem i nie zdążyliśmy się bardziej z nimi zintegrować.Dzień piąty (wtorek, 10 lipca 2007)
Już od rana padało. Niebo było w całości spowite chmurami. Pierwszego dnia myśleliśmy, że tamto wtedy to już była deszczowa pogoda – myliliśmy się! Dopiero piątego dnia poznaliśmy prawdziwy deszcz! Od rana do wieczora non stop padało. Nie kropiło, nie żaden tam kapuśniaczek, ale regularny deszcz. Na początku mieliśmy problem ze znalezieniem szlaku (wszak gubienie się to nasza specjalność), ale dzięki doskonałej orientacji w terenie Pawła, jego mapie i kompasowi wyszliśmy tak, jak trzeba, chociaż nie szliśmy niekiedy żadną drogą, ale zwykłym lasem. Najprzyjemn
iejszym motywem podczas wędrówki dnia piątego była zamykana budka stojąca przy drodze. Siedzieliśmy w niej delektując się każdą minutą bez deszczu i kanapkami, które dzięki tejże budce mogliśmy spreparować. W pamięci został jeszcze pomarańczowy Żuk, który przejeżdżał koło nas chyba z pięć razy, a którego załoga szukała jakichś czterech kobiet. W końcu trzeba było wyjść z naszej budki i pójść dalej w deszczu. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki – nasze firmowe kurtki „przeciwdeszczowe” też przesiąkły, a buty były tak mokre, że w pewnym momencie bez trudu wyobraziłam sobie, że zamiast błotnistą, górską drogą idę brzegiem morza. Drzewa zamieniły się w fontanny (to bardzo ciekawy widok, kiedy po pniach drzew płyną strugi wody), a idąc po drogach brodziliśmy po błotach i strumieniach, których omijanie straciło już całkiem sens (zresztą dookoła było tak mokro, że można było wybrać sobie jedynie głębokość błota, w które się zapadnie) – tutaj właśnie zaczęłam porównywać Beskid Niski do wietnamskich dżungli. Tego dnia zmierzaliśmy do Jas
ielu, czyli miejsca, gdzie kiedyś była wieś, a obecnie stoi tam jedynie kilka pomników i nagrobków upamiętniających wojnę i to, że tam kiedyś tętniło życie oraz pole namiotowe. Deszcz zrobił nam tę przysługę i przynajmniej na czas rozbijania namiotu przestał padać. Oczywiście byliśmy sami, bo jak już pisałam te góry nie są zbyt popularne. Opis tej nocy może wyglądać jak wyjęty z horroru: namiot rozbity w środku miejsca, gdzie kiedyś była wieś, a teraz bardziej przypomina to cmentarz, najbliższa miejscowość daleko, dookoła zapomniane przez wszystkich góry, gdzieś na samym końcu Polski, a w nocy jeszcze przyszedł wiatr i kolejna ulewa – noc czarna jakich mało, bo chmury całkiem zasłoniły niebo, deszcz bębni w namiot, a wiatr szarpie go na boki i jeszcze oczywiście jako że sceneria taka a nie inna, wydawało mi się, że słyszę jakieś kroki.
Paweł później opisał to tak:Jasiel jest doliną, w której kiedyś była wieś o tej samej nazwie. Z wsi pozostały ruiny dwóch domów, kilka przydrożnych kapliczek, cmentarz z kwaterą żołnierzy radzieckich poległych w 1944 r. i 2 pomniki: kurierów karpackich i WOP-istów. Przez Jasiel przechodzi niebieski szlak turystyczny, biegnący granicą państwa, tj. grzbietem Beskidu Niskiego. Schodzi on w rejonie Jasiela w ową dolinę, by zaraz za nią ponownie wspiąć się na górski grzbiet. Planując wyprawę w BN, zauważyłem w Jasielu znaczek oznaczający pole namiotowe. Idealne miejsce na nocleg! Napotkany dzień wcześniej turysta - Andrzej - powiedział nam, że jest to pole bezpłatne. Najbliższa zamieszkana wieś znajdowała się ok. 8-10 km na północ od Jasiela. Ok. godz. 17 rozbiliśmy namiot. Po przebraniu się w suche rzeczy i paru innych czynnościach położyliśmy sie w śpiworach (było dość wilgotno i chłód dawał się we znaki). Ja czytałem sobie jeszcze informacje z przewodnika po BN nt. Jasiela. Wiedziałem, że walczono tam w 1944 r. podczas operacji dukielsko-preszowskiej, o czym świadczyła kwatera żołnierzy
radzieckich, którą minęliśmy w drodze na pole namiotowe. Znacznie później
dowiedziałem się też, że podczas I wojny światowej walczono zawzięcie o jeden ze
szczytów górujących nad doliną. Jednakże w tamtej chwili przeczytałem w przewodniku informację o tym, że 20 III 1946 r. banderowcy wzięli w Jasielu do
niewoli 94 żołnierzy WOP, których następnie rozstrzelali (z wyjątkiem dwóch,
którym udało się zbiec). Pomnik im poświęcony znajdował się ok. 100 metrów od
miejsca, gdzie rozbiliśmy namiot, po drugiej stronie potoku Jasiołka. Leżeliśmy
sobie w śpiworach, więcej milcząc niż rozmawiając, aż zaczął zapadać zmierzch i
w namiocie zaczęło się robić ciemno. Prawdopodobnie gdzieś między godz. 19 a 20
zasnąłem. Obudził mnie niesamowity hałas. O płótno namiotu tłukł niemiłosiernie
deszcz, a hałas ten uniemożliwiał zaśnięcie. Obudziła się też moja współtowarzyszka. W kompletnych ciemnościach po omacku odnalazłem komórkę. Po naciśnięciu jakiegoś przycisku wyświetliła się godzina - 23.42. Po jakimś czasie deszcz przestał tłuc o "dach" i z powrotem zasnąłem. Obudził mnie ponownie hałas. Tym razem nie był to odgłos deszczu tłukącego o tropik namiotu, a wiatr. Ale jaki! Zdarzało mi się wielokrotnie nocować pod namiotem, ale nigdy wiatr nie targał tropikiem z taką siłą jak wtedy. Myślałem, że może zaraz wyskoczą "szpilki" i trzeba będzie je z powrotem umocować, bo jak znowu zacznie padać, to obudzimy się w "basenie". Postanowiłem, że odszukam czołówkę i pójdę sprawdzić stan "szpilek", gdy wiatr stracił na sile. I wtedy ja i współtowarzyszka usłyszeliśmy nowy odgłos dochodzący z zewnątrz. Brzmi on mi w uszach do dziś. Był to odgłos kogoś stąpającego powoli po trawie i chodzącego dookoła namiotu... Te ciche odgłosy kroków trwały przez jakiś czas. Doszedłem w
końcu do wniosku, że może to po prostu jakieś zwierzę - np. lis. Wyszedłem z namiotu i obszedłem go z zapaloną czołówką. Nie znalazłem nic. Wróciłem do namiotu i spałem do rana. Odgłos kroków nie powtórzył się więcej... Łatwo jest mówić, że nie wierzy się w duchy, gdy siedzi się w ciepłym pokoju przed komputerkiem, ale wtedy - z dala od
osad ludzkich, w opuszczonej wsi, w miejscu w którym podczas I i II wojny światowej oraz potem ginęli ludzie, znacznie łatwiej było uwierzyć w nadprzyrodzone zjawiska. Może istotnie dookoła namiotu krążył lis, który czmychnął na pierwszy odgłos mojego wychodzenia z namiotu. A może jednak to nie był lis...
PS 1 Peter Haining, Leksykon duchów, Warszawa 1990 r., hasło:
"ŻOŁNIERZE WIDMA" (s.361-362):
"Relacje o żołnierzach widmach powtarzają się od najdawniejszych czasów, co jest zrozumiałe wobec straszliwych rzezi, do jakich dochodzi podczas wojen. Najstarsze legendy tego rodzaju wywodzą się ze starożytnej Asyrii, gdzie widmowi wojownicy atakowali ponoć pustynne miasta; najnowsze zaś z Wietnamu, gdzie w 1971 roku grupa żołnierzy amerykańskich usłyszała obok siebie kroki plutonu żołnierzy widm. Podobno w Glastonbury w hrabstwie Somerset w Anglii - tu według legendy odkryto ongiś grób króla Artura i królowej Guinevere - można niekiedy usłyszeć nocą chrzęst zbroi widmowych rycerzy; w rejonie Marston Moor zaś, gdzie w 1644 roku armia purytańska pokonała stronników Karola I, od wielu lat widuje się żołnierzy w ubiorach z czasów wojny domowej. Najwięcej opowieści o żołnierzach widmach powstało w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej. Interesujący wybór tych opowieści zawierają tomy War and the Weird (1919) Forbesa Phillipsa i R. Thurstona Hopkinsa oraz Strange Mysteries of Time and Space (1958) Harolda T. Wilkinsa."
PS 2 Z kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że na cmentarzu w Jasielu polegli czerwonoarmiści spoczywają w 70 zbiorowych mogiłach - to chyba świadczy o tym, że spoczywa ich tam co najmniej parę setek, jeśli nie tysięcy...
Dzień szósty (środa, 11 lipca 2007)
Oczywiście nic nie zdążyło wyschnąć i założenie butów całych mokrych i lepkich od błota nie należało do przyjemności. Mycie twarzy w zimnej wodzie płynącego obok potoczku, składanie namiotu i można ruszać na ostatni dzień wędrówki. Było ładnie, pogoda w sam raz do chodzenia, ale drogi były całe w błocie, więc znów brodziliśmy w paskudnej, brązowej papce jak jakieś trolle. Ta ostatnia trasa była wyjątko
wo krótka: Jasiel – Kanasiówka – Pasika – Danowa – Średni Garb – Dołżyca – Komańcza. Ostatni etap wyprawy przeszliśmy chyba w rekordowo krótkim czasie i szybko zobaczyliśmy to, do czego szliśmy sześć dni: tabliczkę z napisem: „Komańcza”. Radość i satysfakcja z tego, że udało nam się dotrwać do końca i osiągnąć cel była ogromna! Jako że Komańcza leży na końcu świata i przedostanie się stamtąd do Wrocławia nie jest sprawą prostą, czekał nas to jeszcze jeden, ostatni już nocleg. Schronisko PTTK. Domek pięcioosobowy, ale nikogo nam nie dokwaterowano. Domki obok służyły za siedlisko jakiejś kolonii albo czegoś podobnego – w każdym razie dookoła biegało mnóstwo małych, śmiesznych, wrzeszczących potworków. Marzeniem tego dnia był normalny, ciepły obiadek, który to udało nam się zjeść właśnie w owym schronisku. W domku mieliśmy jeszcze jednego lokatora: mysz! W nocy parę razy budziło nas szeleszczenie woreczka z bułką, do którego dobierała się mycha.Powrót (czwartek, 12 lipca 2007)

O 7:47 odjechał PKS z Komańczy do Sanoka, gdzie rozstałam się z Pawłem (on wracał do rodziny w Gorlicach) i ruszyłam w dalszą drogę. Parę godzin w autobusie z Sanoka do Krakowa przespałam, a końcówkę miałam trochę stresującą, bo trafiliśmy na korek w Bochni (40 km przed Krakowem) – w planach była ponad godzina na przesiadkę w Krakowie, a wyszło tak, że zamiast snucia się po krakowskim dworcu miałam szybki bieg do kasy i na peron i tylko dzięki temu, że pociąg spóźnił się parę minut udało mi się kupić coś do jedzenia i gazetę. Ostatecznie do domciu w Legnicy udało mi się dotrzeć na 23:00 – w podróży spędziłam ok. 15 godzin.
Beskid Niski można określić jako góry może nie wysokie, ale za to bardzo wredne. To zupełnie co innego niż nasze bliskie Sudety. Beskid Niski to góry naprawdę dzikie, gdzie wędrując przez tydzień można nikogo nie spotkać na drodze, na drodze której w ogóle nie ma, na szlaku, który urywa się gdzieś lub każe iść w jakieś krzaki, szczycie, który można poznać jedynie po tym, że stoi na nim tabliczka z informacją (i to nie zawsze) bo jedynym widokiem, jaki można z niego zobaczyć są okoliczne drzewa. Beskid Niski to miejsce, gdzie kończy się Polska, pełne starych cmentarzy i cerkiew, wspomnień toczących się tam walk podczas I i II wojny światowej, to ziemia, która pewnie pamięta wiele, ale nie jest szczególnie gościnna dla turystów. Podczas naszej wyprawy nieraz zazdrościliśmy Oli, że nie poszła dalej, czasem miało się ochotę kląć, ale teraz, kiedy cel został osiągnięty, czuję tym większą radość i satysfakcję z pokonanej drogi i cieszę się, że wybrałam się na tę wyprawę. Dzięki niezwykłości tej wędrówki mam co wspominać, a co przeżyłam to moje i na zawsze pozostanie w pamięci.
