Początek.
Z Legnicy wyjechałam we wtorek, 28 sierpnia, jak zawsze opóźnionym, pociągiem do Wrocławia, gdzie czekał pociąg, mający nas zawieźć prosto do Białego Dunajca. Na wrocławskim dworcu spotkałam dziewczynę, którą niby pamiętałam z rajdu zimowego, ale początek i tak był taki: „- Alicja?; - Nie, Alina. Magda? Marta?; - Marta.”. Dalej przedstawił się jeszcze Maciek, chłopak Marty i razem zajęliśmy miejsca w pociągu. Po małym zamieszaniu do naszego przedziału trafiły jeszcze, między innymi, Magda i Kasia, które również zmierzały do chaty D.A. Redemptor, a także Justyna, kt
óra niezmordowanie mówiła i mówiła przez całą noc (dopiero o 5 nad ranem wreszcie zmógł ją sen) – była przy tym masa śmiechu, ale momentami nachodziła ludzi ochota na odrobinę spokoju ;)
Na dworcu w Białym Dunajcu czekało na nas paru obozowych weteranów (większość z nich znałam z poprzednich rajdów), którzy zaprowadzili nas do chaty, uraczyli gorącą herbatką i wymusili haracz (reszta opłaty za obóz). Pokój zajęłam razem z koleżankami poznanymi w pociągu (Magda – psycholożka, Kasia – rolniczka i Ewelina – znajoma Kasi z roku).
Po paru godzinkach snu przyszedł czas aby się poznać. Spotkanie zaczęło się od spraw organizacyjnych, które szybko i sprawnie przedstawiła nam Aga S. – szefowa chaty, Marcin – szef turystycznych i reszta kadry. Potem pałeczkę przejął nasz „coolturalny” Patryk, który dokładał wszelkich starań, abyśmy chociaż nauczyli się swoich imion. Parę godzin zeszło nam na różnych zabawach integracyjnych, które po mszy inauguracyjnej kontynuowaliśmy na wieczorku zapoznawczym – z pozoru prymitywne zabawy dawały bardzo wiele radości i sprawiły, że przestawaliśmy pomału być dla siebie anonimowi.

Czwartek, 30 sierpnia 2007
Drugi dzień obozu wypełniła tradycyjna już pielgrzymka na Wiktorówki. Po Mszy w kaplicy Matki Boskiej Jaworzyńskiej rozeszliśmy się na różne trasy. Ja wybrałam trasę Marcina, która wiodła przez Gęsią Szyję.
Wieczorem czekały nas otrzęsiny chatkowe, w ramach których trzeba było robić kaczki z papieru w masowych ilościach – zostałam zawodowym kaczkorobem ;)
Piątek, 31 sierpnia 2007
Wraz z Olą z AWFu, Izą i Norbertem wybrałam się na trasę Radka: mieliśmy przejść Czerwone Wierchy, ale w praktyce zahaczyliśmy jeszcze o Giewont i zabrakło czasu na przejście całych Wierchów. W drodze
na Kondracką Przełęcz spotkaliśmy niedźwiedzia. Póki był daleko stanowił atrakcję – robiliśmy zdjęcia i spokojnie szliśmy dalej, ale w pewnym momencie misiu zaczął przemieszczać się w kierunku szlaku. Iza bała się chyba najbardziej i jak całą drogę obstawiała tyły, tak teraz poleciała daleko do przodu w obawie przed miśkiem. Szliśmy dalej z niepokojem spoglądając w jego stronę, a Radek po drodze pouczał nas, jak należy się zachowywać w razie bliskiego spotkania z niedźwiedziem („jak uciekacie to do dołu, bo niedźwiedź ma krótkie łapy i pada na ryj przy zejściach”), ale jak się okazało akurat ten całkiem nieźle radził sobie ze schodzeniem z górki, bo ciągle przemieszczał się w naszym kierunku. Kiedy zniknął w kosodrzewinie, było już oczywiste, że zaraz pojawi się na nowo i przetnie szlak – przez chwilę nie widzieliśmy go, ale za to słyszeliśmy pomruki, wskazujące na to, że misiu miałby ochotę na jakiś obiad ;). Iza była już daleko, ja i Radek szliśmy na przedzie, a Ola z Norbertem zostawali parę metrów
za nami i to właśnie na ich wysokości niedźwiedź miał wyłonić się z kosodrzewiny i przeciąć szlak. Stanęliśmy i serca podskoczyły nam do gardeł. Ola i Norbert zgodnie z zaleceniami Radka powoli szli do przodu, a
niedźwiedź przeciął drogę jakieś 3 metry za ich plecami! Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, kiedy okazało się, że nie jest zainteresowany daniami mięsnymi i poszedł dalej szukać jagód.
Na Giewoncie byłam dokładnie 7 lat temu i daję słowo – wtedy te skały nie były jeszcze aż tak wyślizgane jak teraz! Ludzie dosłownie zadeptali tą górę i kamienie, po których się nań wspinaliśmy były tak wypolerowane, że pomimo małej wysokości wchodzenie nie należało do przyjemności. Po nasyceniu się pięknymi widokami, ruszyliśmy na podbój dwutysięczników, czyli właśnie Czerwonych Wierchów. Magiczna cyfrę „2000 m.n.p.m.” przekroczyłam na Kondrackiej Kopie, dalej weszliśmy jeszcze na Małołączniak i stamtąd niestety musieliśmy się wycofać, zostawiając resztę Wierchów na dzień następny. Widoki były przewspaniałe!
Tego dania miała się odbyć pierwsza msza chatkowa (
normalnie były w kościele). Podczas obiadu Aga S. Założyła się z Ojcem Pawłem, że ten nie zdobędzie się na 1,5-godzinne kazanie. Koleżanka przegrałaby paczkę Snicersów, gdyby nie to, że we mszy uczestniczyli również nasi gazdowie i to chyba przez wzgląd na ich obecność kazanie trwała chyba „tylko” ponad pół godziny. Na późniejszych mszach okazało się, że Padre jednak jak chce to potrafi zaserwować godzinne kazanie właściwe oraz piętnastominutowy wstęp i zakończenie mszy. Co ciekawe długość homilii przekładała się również na jakość i przynajmniej w moim odczuciu nudno wcale nie było i zdecydowanie wolałam msze chatkowe od ogólne.
Sobota, 1 w
rześnia 2007
Trasa: Czerwone Wierchy – ciąg dalszy, tym razem od drugiej strony.
Towarzysze drogi: Ola, Radek, Bazyl, Bartek
Tego dnia niestety zabrakło już ładnej pogody i cały dzień szliśmy w deszczu, lodowatym wietrze, mgle... – możnaby to nazwać spacerem w chmu
rach. Co prawda nic nie widzieliśmy, było mokro i zimno, ale dzięki temu całe Czerwone Wierchy przeszliśmy w 6,5 godziny, gorąca herbata i czekolada na Przełęczy Kondratowej smakowała jak nigdy, a moje bajki o znikaniu ludzi na Czerwonych brzmiały trochę bardziej wiarygodnie ;) Co do widoków to trzeba było wierzyć Radkowi na słowo i oglądać je oczami duszy, bo przez chmurę na dobrą sprawę widzieliśmy tylko to, co mamy pod nogami („ – Tam powinniśmy widzieć Krzesanicę, na którą zaraz wejdziemy, tam jest wielka przepaść...”; „ – Tak Radku, wierzymy ci na słowo :)”)
Niedziela, 2 września 2007
W niedziele zgodnie z obozową tradycją w góry się nie wychodzi, a dzień ten wypełniły mecze koszykówki oraz Bieg Otrzęsinowy. Ta druga część dnia była szczególnie ciekawa – bawiłam się na Biegu doskonale, a jedyną jego wadą było to, że trwał tak długo, że w chatach, które odwiedzaliśmy na końcu już nie miało się na nic ochoty.
Poniedziałek, 3 w
rześnia 2007
Trasa: Dolina Chochołowska, Grześ, Rakoń, Wołowiec, Łopata, Jarząbczy Wierch, Kończysty Wierch.
Załoga: Kasia P., Paweł QQ, Iza
Trasa była przewidziana na jakieś 14 godzin, więc wyjechaliśmy na nią już o 5:15 (dzięki uprzejmości Ojca, który to też wstał o tejże dzikiej porze, aby nas podwieźć na szlak). Udało nam się przemierzyć tą traskę w 9,5 godz! Początkowo (w drodze na Grzesia) padał deszcz i szliśmy w chmurze, ale potem pogoda zmieniła się diametralnie i nawet momentami wychodziło słońce. Ze szczytów widzieliśmy słowacką część Tatr, która to zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Kiedy stałam dokładnie na szczycie
Kończystego Wierchu otrzymałam smsa z wiadomością, że już nie jestem bezdomna, bo przyznano mi akademik i to ten, który chciałam. Wracając przez Dolinę Chochołowską spotkaliśmy żmiję zygzakowatą, która bezczelnie wylegiwała się na słoneczku (akurat wtedy schowało się za chmurami, ale innego wytłumaczenia dlaczego leżała tak, a nie inaczej nie widzę ;))
Wieczorem urządziliśmy ognisko z D.A. Horeb, po którym zaczął padać deszcz. I tenże deszcz padał do końca obozu...
Wtorek, 4 września 2007
Kiedy dzień wcześniej niezawodna prognoza pogody mojej mamy zapowiadała deszcze na ten dzień, od razu pobiegłam do drzwi kuchni i wpisałam się na wachtę – odsłużyć i tak trzeba, ale lepiej spędzić cały dzień w kuchni kiedy pada deszcz, niż kiedy wszyscy hasają po górkach, a ty jak ten męczennik... mniejsza o to ;) Na wachcie była
m razem z małżeństwem O. – Martą i Pawłem oraz Izą. Wstałam o 5 rano aby robić kanapki na śniadanie, a koło 9 weszła Agnieszka z tekstem: „mogliście wstać o 7, bo i tak prawie nikt na trasę nie poszedł” – ale ból! Naszym zadaniem było zrobienie spaghetti, ale... nie było nawet makaronu! Tak więc najpierw trzeba było oblecieć wszystkie sklepy w Białym Dunajcu w poszukiwaniu mięsa i innych potrzebnych produktów – zajęłoby nam to pewnie ładnych parę godzin, ale na szczęście Paweł i Marta byli szczęśliwymi posiadaczami samochodu i tylko dzięki temu zdążyliśmy z obiadem na czas. Niestety zlecono nam kupienie za mało wszystkiego i jedzenie wyszło dobre, ale stanowczo za mało. Po wachcie stwierdziłam, że chyba wolę być nauczycielką, niż stać na zmywaku w jakiejś Irlandii ;)
Tego dnia miała być „Żakariada”, ale ominęła nas ta impreza, bo Padre chyba nie pogodził się z utratą paczki snicersów i msza chatkowa troszeczkę się przedłużyła... Ale wieczór i tak, jak zawsze, spędziliśmy bardzo miło :)
Środa, 5 września 2007
Prognozy pogody zapowiadały kolejne dni deszczy, więc pojawiło się pytanie: „co z tym fantem zrobić?”. Większość postanowiła zostać w chacie, a ja stwierdziłam, że jest jedno takie miejsce, gdzie pomimo deszczu i tak będzie można podziwiać uroki rzeźby skalnej: jaskinie! Pomysł podrzuciłam Kasi P. i rano wraz z nią i Pawłem QQ ruszyliśmy na podb
ój jaskiń. Szliśmy Doliną Kościeliską, a chmury nieprzerwanie obsypywały śniegiem nasze głowy – śnieg był nawet w Zakopanem! Najpierw ja i Paweł wspięliśmy się po lodowatych łańcuchach i ośnieżonych kamieniach do Jaskini Raptawickiej, a potem, już we trójkę, poszliśmy błądzić po korytarzach Jaskini Mylnej. W jaskiniach było strasznie zimno i mokro – woda kapała z sufitu, szkliła się na ścianach oraz zalegała pod stopami – często brodziliśmy po kostki w wodzie. Jakoże wchodząc już byliśmy mokrzy (od deszczu i śniegu na przemian), nie sprawiało wielkiej różnicy kiedy trzeba było przeciskać się gdzieś, pełzając na czworaka w wodzie po kostki. W Mylnej siedzieliśmy długo, ponieważ staraliśmy się schodzić jak najwięcej bocznych korytarzy. W jednej z ostatnich komór zapaliliśmy świeczki i na jednym z kamieni zrobiliśmy sobie drugie śniadanko. Co prawda kanapki były mokre, ale świeczki przyczyniły się do stworzenia wspaniałej atmosfery i pomimo iż trzęsłam się z zimna, bardzo miło wspominam to jaskiniowe posiedzenie. Nieco później urządziliśmy sobie jeszcze jedno długie posiedzenie, ale to już w schronisku na Hali Ornak.
Ciągle padało. Biały Dunajec zamienił się ze spokojnej w rwącą rzeką, ogłoszono II stopień zagrożenia lawinowego, a w naszej chacie zapanowała jakaś epidemia przeziębienia i grypy. Z tego właśnie powodu hitem podczas kolacji były grzanki z czosnkiem i tylko nieliczni planowali wyjście w góry na dzień następny (większość szlaków była niedostępna właśnie przez zagrożenie lawinami)
Czwartek, 6 września 2007
I ja też na trasę żadną nie poszłam, bo mnie również dopadł katar, wszystko było mokre i miałam chwilowo dość moknięcia. Ranek zajęło mi dbanie o to, aby wachta nie przygotowała obiadu (czyli gra w remika z Pawłem QQ i Pawłem M.), potem jeszcze inne gry, zamęczanie Magdy, studentki psychologii i współlokatorki zarazem, rozmowami
dotyczącymi tematu jej studiów i nicnierobienie – to był jedyny taki dziwny dzień.
Po południu udaliśmy się wszyscy do Zakopanego na Festiwal Piosenki Wszelakiej. Duszpasterstwa powymyślały prześmieszne piosenki, połączone z równie pocieszną choreografią, a całość imprezy uświetniały „chóry anielskie” w zabawny sposób zapowiadające kolejnych wykonawców. Konkurs wygrała Góra Św. Anny, a Redemptorowi udało się zając zaszczytne III miejsce śpiewając „gdzie skarb twój, tam serce twoje...” Pomimo mojego małego sabotażu, wachta i tak przygotowała na festiwal łazanki lepsze niż inne duszpasterstwa ;)
Z Legnicy wyjechałam we wtorek, 28 sierpnia, jak zawsze opóźnionym, pociągiem do Wrocławia, gdzie czekał pociąg, mający nas zawieźć prosto do Białego Dunajca. Na wrocławskim dworcu spotkałam dziewczynę, którą niby pamiętałam z rajdu zimowego, ale początek i tak był taki: „- Alicja?; - Nie, Alina. Magda? Marta?; - Marta.”. Dalej przedstawił się jeszcze Maciek, chłopak Marty i razem zajęliśmy miejsca w pociągu. Po małym zamieszaniu do naszego przedziału trafiły jeszcze, między innymi, Magda i Kasia, które również zmierzały do chaty D.A. Redemptor, a także Justyna, kt
óra niezmordowanie mówiła i mówiła przez całą noc (dopiero o 5 nad ranem wreszcie zmógł ją sen) – była przy tym masa śmiechu, ale momentami nachodziła ludzi ochota na odrobinę spokoju ;)Na dworcu w Białym Dunajcu czekało na nas paru obozowych weteranów (większość z nich znałam z poprzednich rajdów), którzy zaprowadzili nas do chaty, uraczyli gorącą herbatką i wymusili haracz (reszta opłaty za obóz). Pokój zajęłam razem z koleżankami poznanymi w pociągu (Magda – psycholożka, Kasia – rolniczka i Ewelina – znajoma Kasi z roku).
Po paru godzinkach snu przyszedł czas aby się poznać. Spotkanie zaczęło się od spraw organizacyjnych, które szybko i sprawnie przedstawiła nam Aga S. – szefowa chaty, Marcin – szef turystycznych i reszta kadry. Potem pałeczkę przejął nasz „coolturalny” Patryk, który dokładał wszelkich starań, abyśmy chociaż nauczyli się swoich imion. Parę godzin zeszło nam na różnych zabawach integracyjnych, które po mszy inauguracyjnej kontynuowaliśmy na wieczorku zapoznawczym – z pozoru prymitywne zabawy dawały bardzo wiele radości i sprawiły, że przestawaliśmy pomału być dla siebie anonimowi.

Czwartek, 30 sierpnia 2007
Drugi dzień obozu wypełniła tradycyjna już pielgrzymka na Wiktorówki. Po Mszy w kaplicy Matki Boskiej Jaworzyńskiej rozeszliśmy się na różne trasy. Ja wybrałam trasę Marcina, która wiodła przez Gęsią Szyję.
Wieczorem czekały nas otrzęsiny chatkowe, w ramach których trzeba było robić kaczki z papieru w masowych ilościach – zostałam zawodowym kaczkorobem ;)
Piątek, 31 sierpnia 2007
Wraz z Olą z AWFu, Izą i Norbertem wybrałam się na trasę Radka: mieliśmy przejść Czerwone Wierchy, ale w praktyce zahaczyliśmy jeszcze o Giewont i zabrakło czasu na przejście całych Wierchów. W drodze
na Kondracką Przełęcz spotkaliśmy niedźwiedzia. Póki był daleko stanowił atrakcję – robiliśmy zdjęcia i spokojnie szliśmy dalej, ale w pewnym momencie misiu zaczął przemieszczać się w kierunku szlaku. Iza bała się chyba najbardziej i jak całą drogę obstawiała tyły, tak teraz poleciała daleko do przodu w obawie przed miśkiem. Szliśmy dalej z niepokojem spoglądając w jego stronę, a Radek po drodze pouczał nas, jak należy się zachowywać w razie bliskiego spotkania z niedźwiedziem („jak uciekacie to do dołu, bo niedźwiedź ma krótkie łapy i pada na ryj przy zejściach”), ale jak się okazało akurat ten całkiem nieźle radził sobie ze schodzeniem z górki, bo ciągle przemieszczał się w naszym kierunku. Kiedy zniknął w kosodrzewinie, było już oczywiste, że zaraz pojawi się na nowo i przetnie szlak – przez chwilę nie widzieliśmy go, ale za to słyszeliśmy pomruki, wskazujące na to, że misiu miałby ochotę na jakiś obiad ;). Iza była już daleko, ja i Radek szliśmy na przedzie, a Ola z Norbertem zostawali parę metrów
za nami i to właśnie na ich wysokości niedźwiedź miał wyłonić się z kosodrzewiny i przeciąć szlak. Stanęliśmy i serca podskoczyły nam do gardeł. Ola i Norbert zgodnie z zaleceniami Radka powoli szli do przodu, aniedźwiedź przeciął drogę jakieś 3 metry za ich plecami! Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, kiedy okazało się, że nie jest zainteresowany daniami mięsnymi i poszedł dalej szukać jagód.
Na Giewoncie byłam dokładnie 7 lat temu i daję słowo – wtedy te skały nie były jeszcze aż tak wyślizgane jak teraz! Ludzie dosłownie zadeptali tą górę i kamienie, po których się nań wspinaliśmy były tak wypolerowane, że pomimo małej wysokości wchodzenie nie należało do przyjemności. Po nasyceniu się pięknymi widokami, ruszyliśmy na podbój dwutysięczników, czyli właśnie Czerwonych Wierchów. Magiczna cyfrę „2000 m.n.p.m.” przekroczyłam na Kondrackiej Kopie, dalej weszliśmy jeszcze na Małołączniak i stamtąd niestety musieliśmy się wycofać, zostawiając resztę Wierchów na dzień następny. Widoki były przewspaniałe!
Tego dania miała się odbyć pierwsza msza chatkowa (
normalnie były w kościele). Podczas obiadu Aga S. Założyła się z Ojcem Pawłem, że ten nie zdobędzie się na 1,5-godzinne kazanie. Koleżanka przegrałaby paczkę Snicersów, gdyby nie to, że we mszy uczestniczyli również nasi gazdowie i to chyba przez wzgląd na ich obecność kazanie trwała chyba „tylko” ponad pół godziny. Na późniejszych mszach okazało się, że Padre jednak jak chce to potrafi zaserwować godzinne kazanie właściwe oraz piętnastominutowy wstęp i zakończenie mszy. Co ciekawe długość homilii przekładała się również na jakość i przynajmniej w moim odczuciu nudno wcale nie było i zdecydowanie wolałam msze chatkowe od ogólne.Sobota, 1 w
rześnia 2007Trasa: Czerwone Wierchy – ciąg dalszy, tym razem od drugiej strony.
Towarzysze drogi: Ola, Radek, Bazyl, Bartek
Tego dnia niestety zabrakło już ładnej pogody i cały dzień szliśmy w deszczu, lodowatym wietrze, mgle... – możnaby to nazwać spacerem w chmu
rach. Co prawda nic nie widzieliśmy, było mokro i zimno, ale dzięki temu całe Czerwone Wierchy przeszliśmy w 6,5 godziny, gorąca herbata i czekolada na Przełęczy Kondratowej smakowała jak nigdy, a moje bajki o znikaniu ludzi na Czerwonych brzmiały trochę bardziej wiarygodnie ;) Co do widoków to trzeba było wierzyć Radkowi na słowo i oglądać je oczami duszy, bo przez chmurę na dobrą sprawę widzieliśmy tylko to, co mamy pod nogami („ – Tam powinniśmy widzieć Krzesanicę, na którą zaraz wejdziemy, tam jest wielka przepaść...”; „ – Tak Radku, wierzymy ci na słowo :)”)Niedziela, 2 września 2007

W niedziele zgodnie z obozową tradycją w góry się nie wychodzi, a dzień ten wypełniły mecze koszykówki oraz Bieg Otrzęsinowy. Ta druga część dnia była szczególnie ciekawa – bawiłam się na Biegu doskonale, a jedyną jego wadą było to, że trwał tak długo, że w chatach, które odwiedzaliśmy na końcu już nie miało się na nic ochoty.
Poniedziałek, 3 w
rześnia 2007Trasa: Dolina Chochołowska, Grześ, Rakoń, Wołowiec, Łopata, Jarząbczy Wierch, Kończysty Wierch.
Załoga: Kasia P., Paweł QQ, Iza
Trasa była przewidziana na jakieś 14 godzin, więc wyjechaliśmy na nią już o 5:15 (dzięki uprzejmości Ojca, który to też wstał o tejże dzikiej porze, aby nas podwieźć na szlak). Udało nam się przemierzyć tą traskę w 9,5 godz! Początkowo (w drodze na Grzesia) padał deszcz i szliśmy w chmurze, ale potem pogoda zmieniła się diametralnie i nawet momentami wychodziło słońce. Ze szczytów widzieliśmy słowacką część Tatr, która to zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Kiedy stałam dokładnie na szczycie
Kończystego Wierchu otrzymałam smsa z wiadomością, że już nie jestem bezdomna, bo przyznano mi akademik i to ten, który chciałam. Wracając przez Dolinę Chochołowską spotkaliśmy żmiję zygzakowatą, która bezczelnie wylegiwała się na słoneczku (akurat wtedy schowało się za chmurami, ale innego wytłumaczenia dlaczego leżała tak, a nie inaczej nie widzę ;))Wieczorem urządziliśmy ognisko z D.A. Horeb, po którym zaczął padać deszcz. I tenże deszcz padał do końca obozu...
Wtorek, 4 września 2007
Kiedy dzień wcześniej niezawodna prognoza pogody mojej mamy zapowiadała deszcze na ten dzień, od razu pobiegłam do drzwi kuchni i wpisałam się na wachtę – odsłużyć i tak trzeba, ale lepiej spędzić cały dzień w kuchni kiedy pada deszcz, niż kiedy wszyscy hasają po górkach, a ty jak ten męczennik... mniejsza o to ;) Na wachcie była
m razem z małżeństwem O. – Martą i Pawłem oraz Izą. Wstałam o 5 rano aby robić kanapki na śniadanie, a koło 9 weszła Agnieszka z tekstem: „mogliście wstać o 7, bo i tak prawie nikt na trasę nie poszedł” – ale ból! Naszym zadaniem było zrobienie spaghetti, ale... nie było nawet makaronu! Tak więc najpierw trzeba było oblecieć wszystkie sklepy w Białym Dunajcu w poszukiwaniu mięsa i innych potrzebnych produktów – zajęłoby nam to pewnie ładnych parę godzin, ale na szczęście Paweł i Marta byli szczęśliwymi posiadaczami samochodu i tylko dzięki temu zdążyliśmy z obiadem na czas. Niestety zlecono nam kupienie za mało wszystkiego i jedzenie wyszło dobre, ale stanowczo za mało. Po wachcie stwierdziłam, że chyba wolę być nauczycielką, niż stać na zmywaku w jakiejś Irlandii ;)Tego dnia miała być „Żakariada”, ale ominęła nas ta impreza, bo Padre chyba nie pogodził się z utratą paczki snicersów i msza chatkowa troszeczkę się przedłużyła... Ale wieczór i tak, jak zawsze, spędziliśmy bardzo miło :)
Środa, 5 września 2007
Prognozy pogody zapowiadały kolejne dni deszczy, więc pojawiło się pytanie: „co z tym fantem zrobić?”. Większość postanowiła zostać w chacie, a ja stwierdziłam, że jest jedno takie miejsce, gdzie pomimo deszczu i tak będzie można podziwiać uroki rzeźby skalnej: jaskinie! Pomysł podrzuciłam Kasi P. i rano wraz z nią i Pawłem QQ ruszyliśmy na podb
ój jaskiń. Szliśmy Doliną Kościeliską, a chmury nieprzerwanie obsypywały śniegiem nasze głowy – śnieg był nawet w Zakopanem! Najpierw ja i Paweł wspięliśmy się po lodowatych łańcuchach i ośnieżonych kamieniach do Jaskini Raptawickiej, a potem, już we trójkę, poszliśmy błądzić po korytarzach Jaskini Mylnej. W jaskiniach było strasznie zimno i mokro – woda kapała z sufitu, szkliła się na ścianach oraz zalegała pod stopami – często brodziliśmy po kostki w wodzie. Jakoże wchodząc już byliśmy mokrzy (od deszczu i śniegu na przemian), nie sprawiało wielkiej różnicy kiedy trzeba było przeciskać się gdzieś, pełzając na czworaka w wodzie po kostki. W Mylnej siedzieliśmy długo, ponieważ staraliśmy się schodzić jak najwięcej bocznych korytarzy. W jednej z ostatnich komór zapaliliśmy świeczki i na jednym z kamieni zrobiliśmy sobie drugie śniadanko. Co prawda kanapki były mokre, ale świeczki przyczyniły się do stworzenia wspaniałej atmosfery i pomimo iż trzęsłam się z zimna, bardzo miło wspominam to jaskiniowe posiedzenie. Nieco później urządziliśmy sobie jeszcze jedno długie posiedzenie, ale to już w schronisku na Hali Ornak.Ciągle padało. Biały Dunajec zamienił się ze spokojnej w rwącą rzeką, ogłoszono II stopień zagrożenia lawinowego, a w naszej chacie zapanowała jakaś epidemia przeziębienia i grypy. Z tego właśnie powodu hitem podczas kolacji były grzanki z czosnkiem i tylko nieliczni planowali wyjście w góry na dzień następny (większość szlaków była niedostępna właśnie przez zagrożenie lawinami)
Czwartek, 6 września 2007
I ja też na trasę żadną nie poszłam, bo mnie również dopadł katar, wszystko było mokre i miałam chwilowo dość moknięcia. Ranek zajęło mi dbanie o to, aby wachta nie przygotowała obiadu (czyli gra w remika z Pawłem QQ i Pawłem M.), potem jeszcze inne gry, zamęczanie Magdy, studentki psychologii i współlokatorki zarazem, rozmowami
dotyczącymi tematu jej studiów i nicnierobienie – to był jedyny taki dziwny dzień.Po południu udaliśmy się wszyscy do Zakopanego na Festiwal Piosenki Wszelakiej. Duszpasterstwa powymyślały prześmieszne piosenki, połączone z równie pocieszną choreografią, a całość imprezy uświetniały „chóry anielskie” w zabawny sposób zapowiadające kolejnych wykonawców. Konkurs wygrała Góra Św. Anny, a Redemptorowi udało się zając zaszczytne III miejsce śpiewając „gdzie skarb twój, tam serce twoje...” Pomimo mojego małego sabotażu, wachta i tak przygotowała na festiwal łazanki lepsze niż inne duszpasterstwa ;)
Piątek, 7 września 2007
Planowałam iść z Kasią P. do Doliny Pięciu Stawów, ale r
ano po otworzeniu oczu zobaczyłam strugi deszczu, więc plany trochę się zmieniły...Zdobyłam za to dwa super-extra wysokie szczyty: Nosal i Krupówki :D Inni wielcy zdobywcy to: Paweł M., Paweł QQ, Łukasz, Papaj, Norbert, Wojtek, Marysia, Ola, Basia, Kasia P. Główną atrakcją tego dnia była „Najstarsza góralska chata”. Tabliczka informowała, że można ją zwiedzać, więc weszliśmy i spotkaliśmy jakąś gaździnę (najstarsza góralska kobieta?), która wyciągnęła rękę po opłatę. Kiedy zaczęliśmy się targować o cenę, kazała nam „iść w pieruny” i uraczyła góralską wiązanką (połowy nie rozumieliśmy) :D W Zakopanym zatrzymaliśmy się na ciastkach „W Podwórku”, a potem z Pawłem QQ i Kasią P. zwiedziliśmy stary kościółek i cmentarzyk, na którym leżą m.in. Witkacy, Kornel Makuszyński, sławni taternicy... Dzień był bardzo szary, ciągle utrzymywała się mżawka i to wszystko stwarzało świetną, ponurą atmosferę, która dodawała cmentarzowi uroku.Sobota, 8 września 2007

Cel: Dolina Suchej Wody i Czarny Staw Gąsienicowy.
Ekipa: Paweł M., Łukasz, Paweł QQ, Basia, Ola, Asia.
Co prawda tego dnia stał się cud i przestał padać deszcz, ale i tak brodziliśmy w wodzie, bo droga przez Dolinę zamieniła się miejscami w uroczy potoczek (Łukasz przerobił nazwę na: Dolina Wielkiej Wody). W schronisku spotkaliśmy ekipę śmiałków z naszego D.A. (Krzysiek Z., Aga, Paweł O., Wojtek), którzy byli na Kasprowym Wierchu i próbowali zdobyć Czerwone Wierchy, co okazało się niemożliwe przez śnieg.
Wyprawę zakończyły ciastka „W Podwórku” i starcie z bardzo zautomatyzowaną pocztą... ;)
Niedziela, 9 września 2007

Były mecze siatkówki i piłki nożnej, ale jako że czułam deficyt snu (codziennie spałam ok. 5 godzin), a zdrowie szwankowało, zostałam w chacie. Popołudnie już nie było takie leniwe, bo to Dzień Otwartych Chałup – wraz z Magdą, Kasią, Olą i Marysią poszłyśmy spróbować „Płonącego Dominikanina” w D.A. Dominik i do Maciejówki, gdzie można było zrobić odlew dłoni z gipsu.
Poniedziałek, 10 września 2007
Trasa: Tomanowa Dolina, Tomanowa Przełęcz, Przełęcz Chuda
, CiemniakLudzie: Krzysiek Z., Paweł QQ, Magda, Kasia, Paweł O., Aga
Dolina Tomanowa pomimo deszczu była bardzo ładna, a na Tomanową przełęcz trzeba było przedzierać się przez kosodrzewinę. W środku dnia rozpogodziło się i mogliśmy oglądać przepiękne widoki. Kiedy wchodziliśmy na Ciemniak przestało być tak przyjemnie – śnieg padający i zalegający, mroźny wiatr, mgła... Inną atrakcją były kozice :) Na szczycie spotkaliśmy Pawła M., Łukasza, Wojtka i Basię, którzy mimo śniegu zdobywali Czerwone Wierchy. Po śniegu wchodzi się wcale nie najgorzej zwłaszcza, jeśli ktoś już wcześniej szedł i można iść po śladach, ale schodzenie to makabra – śnieg jest tak śliski, że co chwila ktoś upadał (ja ze śniegiem dałam sobie radę, ale niżej było takie fajne, śliskie błotko... ;))
Wtorek, 11 września 2007
Ostatniego dnia wybrałam się z Kasią P. do Doliny Pięciu Stawów przez Morskie Oko i Świstówkę, a powrót przez Dolinę Roztoki. W schronisku nad Morskim Okiem spotkałyśmy ekipę z D.A. Przystań. Mieli problem z podjęciem decyzji, gdzie pójść, więc zaadoptowaliśmy jednego z członków – Tomka, który wcześniej trzymał się z Redemptorem, a teraz chciał iść do Doliny Pięciu Stawów, ale większość jego towarzystwa wolała posiedzenie w schronisku. Oczywiście jak zawsze padał deszcz, ale parę razy chmury się rozstąpiły i mogłyśmy spojrzeć z łezką w oku na szczyty, które planowałyśmy zdobywać, ale pogoda pokrzyżowała nasze obozowe plany (Rysy, Orla Perć, Szpiglas...). Był już niedźwiedź, żmija, kozice... Teraz spotkałyśmy świstaki :)
To ostatni dzień, wiec była też i ostatnia msza chatkowa – tutaj chyba Padre pobił rekord :) Była też i agapa – cała noc przy pysznych lodach, cieście, wpisywanie się do śpiewników, oglądanie zdjęć, wyprawa kilku wariatów na zdobywanie flag, pakowanie się, ostatnie rozmowy, pożegnania... Pomimo iż pogoda była jaka była, nie udało mi się przez nią zrealizować ambitnych planów, wyjeżdżając zakręciła mi się łezka w oku i naprawdę żałowałam, że to już koniec. Niesamowici ludzie, atmosfera, góry, płynąca zewsząd radość i dobro... – było po prostu pięknie! Strasznie cieszę się, że pojechałam na Biały Dunajec i mam nadzieję, że uda mi się tam wrócić.
Dziękuję wszystkim. Za to, że byliście.

