Telefon od Kasi P.: „Cześć Alina, co ty na to aby jechać do Białego stopem?”. Tydzień później, w sobotę 30 sierpnia 2008, mknęłyśmy już autostradą mercedesem z klimatyzacją prowadzonym przez starszego pana z Dębicy. Trasę Wrocław – Kraków pokonałyśmy w 2 godz. 15 min – i jak to się ma do usług oferowanych przez PKP? Kierowca wysadził nas gdzieś na południu Krakowa, ale trudno nam było dokładnie zlokalizować nasze położenie, bo tej ulicy nie obejmował już plan miasta pożyczony od Pawła.
Zatrzymałyśmy jakiegoś rowerzystę i pada pytanie: „przepraszam, gdzie my jesteśmy?!”. Ów jegomość wskazał nam drogę na najbliższy przystanek, skąd Kasia zadzwoniła do ludzi, którzy mieli udzielić nam noclegu (znalezieni na portalu www.CouchSurfing.com z którego moja towarzyszka już nieraz korzystała). Nasze plecaki pojechały samochodem do miejsca noclegu, a my mogłyśmy rozpocząć zwiedzanie Krakowa. Bardzo chciałyśmy zobaczyć Kazimierz, więc wsiadłyśmy do tramwaju jadącego w tym właśnie kierunku. Podróż umilał nagrany głos Grzegorza Turnaua, który mówił, co właśnie mijamy. Kiedy usłyszałyśmy, że przejeżdżamy obok Sanktuarium Bożego Miłosierdzia podjęłyśmy szybką, spontaniczną decyzję: „wysiadamy!”. Prawdę
powiedziawszy nie szczególnie spodobała mi się ta budowla – bardziej przypomina biurowiec niż miejsce kultu, a winda wożąca ludzi na oszkloną wieżę dobitnie świadczy o wyjątkowo nowoczesnym charakterze budynku, który mi do gustu nie przypadł.
--> Dotarłyśmy wreszcie na Kazimierz, gdzie spotkałyśmy się z naszą koleżanką Agą K., która jest dyplomowaną przewodniczką. Aga oprowadziła nas po centralnej części
Krakowa opowiadając przy tym wiele ciekawych rzeczy. Kazimierz spodobał mi się znacznie bardziej niż sanktuarium. Tam nie wpycha się na siłę nowoczesności, ale wszystko stara się stylizować tak, aby pasowało do klimatu tego miejsca.
Później spacer nad Wisłą, słabo oświetlony Wawel wieczorem i kontrastujący z nim rynek, który ani myślał udawać się do snu. Uliczny grajek, pani sprzedająca kwiaty, dorożki... I lody o smaku borówek. Z tym właśnie będzie kojarzył mi się Kraków.
U państwa geografów ugoszczono nas kolacją i opowieściami m.in. o Tyrolu i ciekawych obcokrajowcach, których ci państwo również przyjmowali w ramach CouchSurfing. Samą noc spędziłyśmy w... przedszkolu. Wesoło było zasypiać wśród zabawek czy też myć się w maluteńkich umywalkach.
Za kierownicą dwaj, jak się później domyśliłyśmy, piłkarze jakiegoś wysoko stojącego klubu. Jechali do Zakopanego, ale na naszą prośbę wysadzili nas w kochanym BIAŁYM DUNAJCU!
Idziemy w kierunku chaty Redemptora, a tutaj zaczepia nas sympatyczny góral.
„Legnica! Tam kiedyś Rosjanie byli! Wtedy tam srebrem handlowali... A we Wrocławiu to córka...” – na takiej gadce zeszło nam sporo czasu. Już jesteśmy tuż tuż, a tu nagle niespodziewany atak psów pod chatą. Jeden jawnie nas obszczekiwał, a drugi, pies-partyzant, wyskoczył znienacka z kartonowego pudła i przyłączył się do szczekającego kolegi. W plecaku miałam jeszcze kabanosa, więc ułamałyśmy małe kawałeczki i próbowałyśmy rzucić psom, aby zajęły się nimi zamiast naszymi piszczelami.Ostatecznie obok psów przechodziła pewnym krokiem jakaś góralka, której nie odważyły się zaczepić, więc my hyc, hyc za nią i jesteśmy w chacie. Gaździna przyjęła nas serdecznie, chociaż byłyśmy o jeden dzień za wcześnie...
A za wcześnie przyjechałyśmy, bo pierwotnie było ustalone, że kadra ma się stawić w Białym w niedzielę 31 sierpnia 2008. W piątek byłyśmy już spakowane, gotowe do drogi, a tu nagle przychodzi e-mail, że dzień przyjazdu jest przesunięty z niedzieli na poniedziałek. Jak dla nas dowiadywanie się o takiej zmianie na wieczór przed wyjazdem to ciut za późno, bo już przecież wszystko ustalone, więc co robimy? Olewamy maila i jedziemy tak, jak planowałyśmy!
mały spacerek tak, aby się rozchodzić. Podjechałyśmy stopem do Zakopanego (tym razem z pewnym Węgrem), a stamtąd poszłyśmy pozwiedzać Dolinę Białego, weszłyśmy na Sarnią Skałę, popluskałyśmy w Wodospadzie Siklawica i wyszłyśmy Doliną Strążyską. Na Sarniej Skale siedziałyśmy dość długo delektując się słońcem i widokiem szczytów, które planowałyśmy w tym roku zdobywać. Do Białego Dunajca dotarłyśmy kiedy było już ciemno. I znów atak psów...
A oto do zdjęcia pozuje nasza szefowa turystycznych: adidaski, torebeczka, okularki - "turystka" jak się patrzy! :P
-->
W poniedziałek dojechała reszta kadry.
Ludzie wykończeni długą podróżą pociągami musieli wysłuchiwać naszych opowieści o tym, jaką to wspaniałą metodą dotarłyśmy do Białego Dunajca. Nocą pracowaliśmy niczym mrówki nad dekoracjami, które miały przyozdobić nasza chatę przed przyjazdem reszty obozowiczów. Tylko po co się tak spieszyć, skoro mamy na to jeszcze jeden dzień? Ano po to, aby we wtorek pójść w góry!
-->
I poszliśmy. Ekipa pięciu turystycznych: Kasia P., Radek, Łukasz H., Kamil K. i ja oraz szefowa chaty: Aga D. i „uprzywilejowany nikt” (szef kulturalny całego obozu): Patryk. Cel: Przełęcz Krzyżne. Pogoda była przepiękna, ludzi na trasie mało, pyszne jagody i wspaniałe widoki
– żyć nie umierać! Raz nawet tak się zapatrzyłam gdzieś w dal, że aż zaliczyłam zupełnie niegroźny upadek (to znaczy: był to w pełni kontrolowany zjazd). Schodząc z Przełęczy Krzyżne, Kamil zauważył czarną bluzę, która widocznie spadła kiedyś komuś, kto siedział na szczycie. Kolega długo się nie
namyślając zboczył ze szlaku i tym sposobem zdobył całkiem niezły element garderoby. Kiedy byliśmy już niedaleko schroniska przy Pięciu Stawach Polskich, przebiegł obok nas pewien chłopak. Zastanawialiśmy się
wtedy, po co on biega po takich kamienistych drogach... Zagadka wyjaśniła się, kiedy już doszliśmy do schroniska: spotkaliśmy tam tego samego biegacza, ale teraz leciał już trzymając w dłoni siatkę z paroma piwami (widocznie zbyt dosłownie potraktował polecenie: „skocz po piwko!”). Wróciliśmy z Poronina stopem (ja wraz z Agą D. i Patrykiem zatrzymaliśmy... księdza).
W środę, 3 września 2008 zaczęła się właściwa część obozu. Z rana kadra stawiła się na dworcu, by powitać przybywających uczestników obozu. Załoga Redemptora była oczywiście pierwsza. Z punktualnego jak nigdy pociągu wysypał się tłum ludzi, a ja starałam się wyłowić wzrokiem jakieś znajome twarze.
Tego dnia miało miejsce krótki przedstawienie się obozowiczów i już wtedy Paweł QQ zaczął rozpowszechniać swoją autoreklamę: „Jestem Paweł, zapamiętajcie sobie to imię! [...]”. Mówili coś o sobie także turystyczni i tam też Paweł reklamował się jak umiał, a ja zaraz za nim wyskoczyłam z moim hasłem przewodnim: „Ja turystyczną jestem pierwszy raz. Oferuję zero profesjonalizmu i maksimum wrażeń”.
-->
Czwartek, 4 września 2008 to dzień tradycyjnej pielgrzymki na Wiktorówki, gdzie większość modli się o dobrego męża/żonę. Ja i Paweł zostaliśmy w tym
dniu na wachcie. Udało nam się bardzo szybko uwinąć ze sprzątaniem chaty (Paweł) i przygotowywaniem obiadu (ja, Ola i Marysia), więc Paweł wpadł na pomysł, aby
podjechać na Wiktorówki i uczestniczyć we Mszy wieńczącej pielgrzymkę. Spore było zdziwienie ludzi, kiedy zobaczyli pod kaplicą tych, którzy właśnie powinni siedzieć w kuchni! Aby zdążyć przygotować obiadokolację na zejście wybraliśmy najkrótszą trasę.
-->
-->Tego dnia strasznie wiało. My akurat szliśmy zalesioną drogą, więc tak tego nie czuliśmy, ale to, co działo się na bardziej odkrytych trasach najlepiej obrazuje zdjęcie braci Łukasza i Marcina H. (Czerwone Wierchy).
-->
-->
-->Naszej ekipie też udało się całkiem niezłe zdjęcie, kiedy to Pawła aparat został postawiony na stoliku przykrytym mapą, wszyscy już ładnie się uśmiechają do fotki robionej samowyzwalaczem i nagle... wiatr porywa aparat! Paweł S. biegnie z odsieczą!
-->
Sobota, 6 września 2008 to dzień mojej pierwszej wyprawy prowadzonej samodzielnie (bo nie chciałam iść z Pawłem na Giewont). Trasę wybrałam dość ryzykowną: Świnica i Kasprowy Wierch. Na wycieczkę zapisała się silna ekipa: Michał, Mariusz i Maciek. Padł
pierwszy rekord: Kuźnice–Murowaniec przeszliśmy w nieco ponad godzinę zamiast dwóch. Dalej też znacznie skracaliśmy czasówki, a kiedy byliśmy już na Kasprowym Wierchu, skąd mieliśmy schodzić, zegar wybijał dopiero 12:00.
„To co panowie: idziemy na Czerwone Wierchy?”, „Idziemy!”. Zdobyliśmy dodatkowo Kondracką Kopę (gdzie wiatr dawał się we znaki), a cała wyprawa mimo to zamknęła się o obiecanych dnia poprzedniego 8,5 godzinach. Tego dnia ci chłopacy (plus Kuba) dostali u mnie ksywkę „Komandosi”. Rzeczą ciekawą jest, że trasa Pawła QQ na Giewont, która miała być króciutka, zajęła jego ekipie aż 9 godzin...
-->
W niedzielę pojawiły się pierwsze ofiary grypy żołądkowej, która później każdego dnia atakowała jakiegoś uczestnika obozu. Bieg otrzęsinowy w tym
roku oglądałam od drugiej strony: wraz z Pawłem i Marysią męczyłam pierwszaki jedną z paru redemptorowych konkurencji (znów nie pamiętam,
jak się rozwiązuje ten sznurek!). Kiedy zapadł zmrok, Paweł wziął zapaloną pochodnię, przykrył się płaszczem z kapturem i krążył przebrany za śmierć po okolicach chatki. Spore musiało być zdziwienie kierowców, kiedy zobaczyli taką niecodzienną postać przy zakopiance!
Na poniedziałek zapowiedzieli deszcz. Licząc na to, że może uda się ulewę wyminąć, ogłosiłam bardzo krótką trasę na Wielki Kopieniec i Nosal (na jakieś 3-4 godziny). Poszli ze mną: Bartek, Basia, Ania Ł., Ania B., Kamil i Łukasz Sz. Zaczęło się nieciekawie: kierowca busa wysadził nas na jakimś przystanku w Toporowej Cyrhli, z którego nijak nie mogliśmy się dopatrzyć szlaku. Poszliśmy kawałek w jedną stronę. Pudło. Idziemy więc w drugą. Widzę ludzi, zatem pytam ich, którędy na szlak. Ludzie pomogli i znaleźliśmy się na trasie. Idziemy, idziemy, idziemy... hmm czy droga w Tatrach powinna zarastać trawą? Ktoś widział ostatnio szlak? Zawracamy, bo pamiętam, gdzie widziałam znaki po raz ostatni. Teraz już idziemy właściwą drogą. Nic nie widać z Wielkiego Kopieńca. Nic nie widać też i z Nosala. Pomiędzy jednym a drugim szczytem zaczęło mocno padać. Przemoczeni do suchej nitki idziemy dalej – a miała być krótka trasa, aby nie zmoknąć... To się nazywa niefart! Do Zakopanego zbiegliśmy, a nie zeszliśmy, bo zimno nam było strasznie i jakoś trzeba było się rozgrzać... Wstąpiliśmy do góralskiej knajpy na pizzę. Ciepła pizza i suche powietrze to jest to! Siedzieliśmy tam dłuższą chwilę, po czym udaliśmy się w stronę Podwórka. Znów zimno i znów biegi, skoki i wszystkie inne ruchy mające na celu pobudzenie krążenia. W Podwórku spotkaliśmy ekipę powracającą z jaskiń – oni prawie wcale nie zmokli bo najgorsze ulewy przesiedzieli pod ziemią! Szczęściarze! Cóż – ta trasa była idealnie w myśl mojej dewizy: „zero profesjonalizmu i max wrażeń!”
-->
We wtorek, 9 września 2008 wybrałam się na trasę zaprojektowaną przez Pawła: Dolina Lejowa – Ścieżka nad Reglami – Przysłop Miętusi – Dolina Małej Łąki – Droga pod Reglami – Dolina za Bramką. Mieliśmy iść jeszcze Doliną ku Dziurze, ale nie udało się zdążyć z czasem... Nasi towarzysze to: Basia, Bartek i Ania Ł. Dzień zaczął się od mszy chatkowej, która
zamiast w chacie odbyła się w najstarszym kościółku w Zakopanem (przy ul. Kościeliskiej). Po niej udaliśmy się na cmentarz obok, gdzie leżą wybitne postaci zasłużone dla Zakopanego. Paweł opowiadał wi
ele ciekawych rzeczy na temat ludzi pochowanych na Pęksowym Brzyzku (inna nazwa tego cmentarza. Ja co prawda czasem też coś dorzuciłam, ale Paweł zachowywał się jak rasowy przewodnik.
Na trasie, jak tylko weszliśmy na szlak spotkaliśmy urocze, górskie zwierzątko. Była to... kura!
Dolina Lejowa zachwycała nas swoją urodą oraz brakiem tłumów, które co dzień szturmują inne tatrzańskie doliny.
Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak, jeszcze bardziej opustoszała, Dolina za Bramką – jak dla mnie to najpiękniejsza tatrzańska dolinka! Wieczorem impreza znana jako „Żakariada”. Znalazła się spora grupka historyków i było całkiem sympatycznie.
-->
Środa, 10 września 2008 to dzień pamiętny, bo
wybrałam się wtedy na trasę Pawła, która przechodziła przez najtrudniejsze fragmenty Orlej Perci. Dokładnie plan był taki: Murowaniec – Czarny Staw Gąsienicowy – Żleb Kulczyńskiego – Kozi Wierch – Dolina Pięciu Stawów – Pusta Dolinka – przejście przez Kozią Przełęcz obok Zamarłej Turni – Murowaniec. Szaleńców było więcej: Michał, Kuba, Łukasz P., Maciek (komandosi) i Grześ. Ten ostatni przyjechał do Białego rankiem tego samego dnia, kiedy wychodziliśmy na trasę. Dowiedziawszy się, gdzie idziemy szybko przepakował się w mniejszy plecak i poszedł z
nami w trasę. Zabrał ze sobą wspaniałą Mieszankę Studencką, która dodawała nam sił na trasie.
Zaczęło się od bicia poprzednio ustanowionego rekordu w dojściu do Murowańca przez Dolinę Jaworzynki.
Celem było zejście poniżej godziny i... udało się! Paweł i Kuba doszli w 57 minut, ja w 59 min, a reszta w niewiele ponad godzinę. Tak więc cel numer jeden został osiągnięty – czas na dalsze wyzwania! A owo wyzwanie stanowił Żleb Kulczyńskiego i nie było ono małe... Kiedy spojrzało się nań z dołu było: „O matko jedyna! Przecież ta ściana jest pionowa!”.
Cóż – pionowa, nie pionowa – jakoś trzeba tam wejść! Komandosi niczym kozice pognali naprzód, a ja gdzieś tam z tyłu prezentowałam najdziwniejsze metody wspinaczkowe... I co, że to się powinno robić inaczej? Nie liczy się metoda, liczy się efekt! No! Na Kozi Wierch JAKOŚ się wdrapałam.
Ale jakie były widoki! Nieziemskie! Tu pan Nyka miał rację w swoim przewodniku, że Kozi Wierch to najbardziej widokowy punkt w polskich Tatrach. A nade wszystko zaintrygowały nas czarne gazy (smog), unoszące się ponad poziomem chmur... Dbajmy o środowisko.
Zejście do Doliny Pięciu Stawów. Ja swój autorski sposób schodzenia nazywam metodą „na pajączka”, ale równie bardzo przypadło mi do gustu określenie Grzesia, które dobitnie obrazuje metodę, o której jest tu mowa: „schodzenie na pięciu punktach oparcia”. Jakoś zeszłam.
Zejście wcale nie było łatwiejsze. Znów pięć punktów oparcia i jedziemy! Zajechaliśmy ciut za daleko, bo jakiś turysta przed nami zgubił szlak, a my poszliśmy z nim... Na szczęście w porę zorientowaliśmy się, że szlak biegnie inną drogą i udało nam się wgramolić na górę.
Do Murowańca doszłam wykończona... psychicznie. Fizycznie trasa nie była aż tak bardzo wyczerpująca, bo kilometrów to my jakichś strasznych nie pokonaliśmy, ale czułam się wewnętrznie sponiewierana i podtrzymywałam obietnicę: „nigdy więcej!”. Grześ chyba miał już dość. Dzień wcześniej wyszedł sobie rano do pracy, bezpośrednio po niej wsiadł w pociąg, dojechał do Białego
Dunajca, a ledwie wszedł do chaty już poleciał z nami na trasę i to przecież nie byle jaką! Byłam pełna podziwu dla każdego kroku, który stawiał, bo przecież zmęczenie powinno się już mocno dawać we znaki... I pojawiło się chyba w okolicach Murowańca, Grześ stwierdził, że idzie do schroniska. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu wieczorem spotkaliśmy go w Białym Dunajcu! Doszedł! Oklaski na największego kozaka tego obozu!
Czwartek, 11 września 2008 to dzień w który odbywa się Festiwal Piosenki Wszelakiej. Mieliśmy wymyślać piosenkę w noc poprzedzającą czwartek, ale wiele z tego nie wyszło (ostatecznie z nocnych pomysłów w całości został tylko refren ;)), więc zapadła decyzja: w dzień festiwalu zamiast w góry idziemy do jadalni i produkujemy piosenkę. Konceptów było sporo, ale nie wszystkie przeszły przez cenzurę ;) Ostatecznie powstała radosna, skoczna pioseneczka „Ale buja”, która podbiła serca jurorów – zajęliśmy III miejsce!
Na piątek ogłoszono tylko trzy trasy, bo aż trzech turystycznych było razem na wachcie, a ja i Paweł szliśmy razem.
Powędrowaliśmy w Tatry Zachodnie, a dokładniej na ich najwyższy szczyt – Bystrą. My, czyli: ja i Paweł QQ, Michał, Kuba, Maciek, Łukasz, Paweł S.
Niebo całe było zasnute chmurami, więc nie było co liczyć na jakieś widoki. Ot tak się szło – byle szybciej, byle dalej. Niespodzianka w okolicach szczytu: chmury odsłoniły słowacką stronę Tatr i naszym oczom ukazały się nieziemskie widoki! Ten krajobraz był wspaniały i promieniował zupełnie innego rodzaju tajemnicą niż suche skały, które widziałam w okolicach Orlej Perci.
Tatry Zachodnie znacząco różnią się od Tatr Wysokich i wydają mi się znacznie od tych drugich piękniejsze. Wysokie są surowe, zimne, groźne, natomiast Zachodnie przypominają jakąś baśniową krainę, która aż prosi się, aby opisać na niej jakąś historię... Długo się nie nacieszyliśmy widokami – już będąc na szczycie Bystrej nie widzieliśmy absolutnie
nic. Jedną z atrakcji było natomiast przesuwanie słupka granicznego (na korzyść Polski oczywiście) i bunt antypaprykarzowy ;)
Schodząc z Bystrej przez Błyszcz wyraźnie widzieliśmy granicę chmur – Słowacy mieli nad swym krajem czyste niebo, natomiast nad Polską kotłował się tabun chmur. I zobaczyłam je! Nareszcie zobaczyłam to, o czym opowiadał mi Paweł, a co zawsze bardzo chciałam ujrzeć: Widmo Brockenu! Dla niewtajemniczonych:
-->Widmo Brockenu, mamidło górskie, zjawisko Brockenu – rzadkie zjawisko optyczne spotykane w górach, polegające na zaobserwowaniu własnego cienia na chmurze znajdującej się poniżej obserwatora. Zdarza się, że cień obserwatora otoczony jest tęczową obwódką zwaną glorią.„
Zjawisko obserwowane jest najczęściej w wyższych górach w warunkach, gdy obserwator znajduje się na linii pomiędzy Słońcem a chmurą, która położona poniżej obserwatora odgrywa rolę ekranu. Zjawisko obserwowane w górach daje ponadto efekt pozornego powiększenia cienia obserwatora – projekcja naturalnej wielkości cienia obserwatora na tle oddalonych gór sprawia, iż wydaje się on powiększony.
Zjawisko nazywane "widmem Brockenu" po raz pierwszy opisał Johann Esaias Silberschlag w 1780 r. Nazwa zjawiska pochodzi od szczytu Brocken w górach Harz, gdzie jest ono obserwowane.
Wśród taterników istnieje przesąd, mówiący że człowiek, który zobaczył widmo Brockenu, umrze w górach. Ujrzenie zjawiska po raz trzeci "odczynia urok"
Źródło: Wikipedia
-->
To było już za Błyszczem, gdzieś między przełęczą Bystry Karb a przełęczą Liliowy Karb. Paweł krzyknął, że widać Widmo Brockenu. Podbiegłam natychmiast, odwróciłam się w stronę Polski i rzeczywiście: na ekranie tworzonym przez gęste chmury zobaczyłam własny cień, otoczony tęczową aureolą! To było przepiękne! Wyciągnęłam ręce na boki, a za nimi ruszyła tęczowa otoczka. Obok stali pozostali uczestnicy wyprawy, ale każdy widział tylko i wyłącznie swoje widmo. To był przepiękny efekt świetlny i na pewno na długo pozostanie w mojej pamięci. To było moje ostatnie wyjście w góry na tym obozie, więc Widmo Brockenu stało się moim prywatnym pożegnaniem Tatr (przynajmniej w tym roku).
Wieczorem w naszej chacie mieliśmy pokaz pantomimy zrobionej na podstawie tego filmiku.
Wyszło pięknie! Brawa dla Agi D., Łukasza H., Patryka, Kamila, Agi S., dwóch dziewczyn z Przystani i Adama, który wszystko zaprojektował. Na koniec krótka konferencja ojca, ogłoszenie tras i jak dla mnie koniec dnia.
Koniec dnia i koniec obozu – od 15 września 2008 zaczynałam praktyki w szkole podstawowej, więc musiałam wcześniej wyjechać z Białego Dunajca. Ze sobą zabrałam Grażkę (do Krakowa jechałyśmy stopem) oraz ładną pogodę – odkąd wyjechałam co dzień było bardziej zimowo...
-->
Z łezką oku opuszczałam chatę Redemptora tym bardziej, że musiałam to zrobić parę dni wcześniej niż wszyscy. Dziękuję wszystkim którzy chodzili ze mną na trasy, Komandosom za wspólne bicie rekordów, dziękuję Ewie i Kasi za wspólne mieszkanie w pokoju, a tej drugiej to jeszcze za nauczenie mnie korzystania z alternatywnego środka transportu, jakim jest autostop, ojcu Mariuszowi za mądrą gadkę, Grażce dziękuję za wspólny powrót, turystycznym za wesołe narady, a wszystkim pozostałym za to, że byliście :)