czwartek, 10 stycznia 2008

Sylwester w górach

Piątek, 28 grudnia 2007
Aby zdążyć na autobus relacji Wrocław – Kamienna Góra musiałam wstać o drastycznie wczesnej porze – byłam w Legnicy, więc trzeba jeszcze dotrzeć na wrocławski dworzec PKS, by tam spotkać się z moim przewspaniałym Pawłem, Alicją i Łukaszem. W planach mieliśmy 6-dniowego „Sylwestra” w Chełmsku Śląskim (oficjalnie dom miał stać w Błażejowie), dokąd ja i Paweł zamierzaliśmy dojść na piechotę górami z Kamiennej Góry.Droga była o tyle uciążliwa, że szliśmy z ciężkimi plecakami. Góra Kościelna, Długosz, Czarnogóra... – patrząc w mapę liczyliśmy wszystkie podejścia, jakie nas czekają. Najpierw resztki pomników, potem jeden szczyt, zejście, gubienie szlaku (wszak gubienie się to nasza specjalność ;)) i droga przez zamarznięte, ośnieżone pola obok jeziora w całości pokrytego lodem – krajobraz był bardzo ładny, a my ciągle szliśmy do góry.W tym samym czasie Łukasz i Alicja spokojnie zwiedzali sobie Krzeszów. Telefon do Łukasza: „cześć, jesteście w Krzeszowie, tak? Widzimy go właśnie – jak spojrzysz do góry to może nas zobaczysz!”.Z gór zeszliśmy na obrzeżach Lubawki. Były dwie opcje: albo idziemy do Chełmska dalej szlakiem, albo prosto asfaltem. Wybraliśmy drugą, ponieważ zaczynało się ściemniać. I tak doszliśmy do celu (wcześniej niż nasi znajomi).Pensjonacik okazał się całkiem przytulny, a jedyną jego wadą była dość niska temperatura w pokoju.

Sobota, 29 grudnia 2007
Tego dnia cała nasza czteroosobowa załoga planowała wybrać się do Czech, aby obejrzeć stare, czechosłowackie schrony bojowe ukryte w górskich lasach (fragment tzw. linii Benesza) oraz zaopatrzyć się w ichniejsze specyfiki (nie tylko napoje wyskokowe :P) w Trutnovie. Zaczęło się bardzo miło, ponieważ pani u której gościliśmy zgodziła się podwieźć nas w okolice granicy samochodem – dzięki temu nie musieliśmy z ranca szorować ok. 9 km asfaltem.Wylądowaliśmy pod starym, zaniedbanym kościółkiem. Wokół niego znajdował się zdewastowany cmentarz – Paweł natychmiast stwierdził, że musi go obejrzeć bliżej. Bramka wyglądała na zamkniętą, więc wspiął się na mur i błyskawicznie go przeskoczył. Już dwie minuty później Łukasz (lub Alicja – nie pamiętam dobrze) delikatnie pchnął bramkę, która wcześniej wyglądała na zamkniętą i okazało się, że jej wewnętrzna część została kiedyś przepiłowana i otworzyły się małe drzwiczki. Na cmentarzu kilka nagrobków było naprawdę zdewastowanych, a w wielu innych brakowało co cenniejszych elementów (przede wszystkim krzyżyków) – bardzo ponure miejsce zwłaszcza od strony, gdzie wysokie okno kościoła z resztkami witraża oplatała jakaś zaniedbana latorośl, obok cmentarz, dalej wejście do ciemnego lasu... Wieczorową porą można by w takiej scenerii kręcić jakiś ponury film.Szybko doszliśmy do granicy z Czechami, gdzie panowie zaczęli żałować, że nie wzięli śrubokrętów, bo stały nieaktualne już tablice o zakazie przekraczania granic.Zaczęło się podejście. Ja i Paweł ruszyliśmy swoim tempem na górę, ale Łukaszowi i Alicji wydało się ono szalone i bliscy byli rezygnacji z dalszej drogi. Ostatecznie Paweł dał im drugą mapę i ustaliliśmy miejsce, w którym się spotkamy tak, aby każdy mógł iść swoim tempem.Przerwa na łyk ciepłej herbaty w lesie i idziemy dalej. Tego dnia powiewał nie zbyt mocny, ale za to bardzo mroźny wiatr, więc wszystkie przerwy były w lasach, gdzie panowała piękna cisza. Niebawem naszym oczom ukazał się pierwszy z bunkrów. Zachwyciłam się jego wielkością, bo – powiem szczerze – byłam przekonana, że to będzie coś w stylu tych malutkich schronów przeciwlotniczych, które można spotkać w Legnicy. Obejrzeliśmy najpierw jeden, potem drugi, trzeci... Od tego miejsca aż wiało historią! Łukasz uparcie zadawał pytanie: „dlaczego oni się tak szybko poddali Niemcom?!”. Jeden z bunkrów był otwarty, a że mieliśmy latarki mogliśmy od środka podziwiać czeskie dzieło. Na mnie wrażenie zrobiły pionowe kreseczki wymalowane na jednej ze ścian –  ciekawi mnie, co one mogły oznaczać... Pawłowi za to chyba najbardziej spodobała się drewniana drabinka po której jako jedyny wspiął się do pomieszczenia na górze – po czterech próbach udało się nawet zrobić mu zdjęcie na pamiętnej drabince ;).Szliśmy dalej podziwiając zimowy, górski krajobraz, aż zaszliśmy do Trutnova. Widząc kościół pomyśleliśmy, że pewnie jesteśmy już gdzieś blisko centrum i zbiegaliśmy jego okolicę szukając rynku, dworca PKS, jakiejś knajpy, aby dowiedzieć się z ustawionego na ulicy planu miasta, że znajdujemy się nie w centrum, ale na obrzeżach miejscowości. Do rynku był jeszcze kawał drogi – mieliśmy nawet pomysł, aby przejechać go czeskim autobusem, ale nic akurat nie nadjeżdżało. Kiedy doszliszliśmy do centrum trafiliśmy od razu na ichniejszy „Lidl”, gdzie dokonaliśmy planowanych zakupów. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pojawiający się nagle problem: jak się stąd wydostać?! Zapadał zmrok, autobus żaden w stronę granicy nie jechał... Ratunkiem był pociąg (o ile można tym słowem określić jeden wagonik) jadący do przygranicznej miejscowości. Alicja trochę znała czeski, więc z kupieniem biletów nie były problemu, natomiast jawił się inny kłopot: od granicy mamy jeszcze z 10 km do Chełmska! Wszyscy byliśmy już zmęczeni, więc opcja pokonania tej odległości była oczywiście możliwa, ale odnosiliśmy się do niej raczej niechętnie (Ala i Łukasz myśleli nawet o noclegu w Trutnovie) i tu znów pomocna okazała się pani u której mieszkaliśmy, a wcześniej jeszcze moja mama, która szybko znalazła w Internecie jej numer telefonu – zadzwoniliśmy i obiecała odebrać nas samochodem z tego samego miejsca, w które nas wcześniej przywiozła.Wieczorem oczywiście degustacja zakupionych produktów, którą to powtarzaliśmy cyklicznie późnym popołudniem każdego następnego dnia ;)

Niedziela, 30 grudnia 2007
Poranna Msza i ksiądz, który w ogłoszeniach prosił szanownych parafian, aby nie częstowali odwiedzającego ich po kolędzie kapłana obiadem w każdym domu :D Później ja i Paweł poszliśmy jak zawsze w góry – tym razem celem były mieroszowskie ściany. Podczas drogi często widzieliśmy przebiegające w oddali sarny i jelenie, a nawet całe ich stado, a kiedy stanęliśmy na granicy polsko-czeskiej, zobaczyliśmy samochody terenowe, a kawałek dalej człowieka ze strzelbą. Idąc dalej słyszeliśmy dość częste wystrzały – czyżbyśmy trafili akurat na jakiś sezon łowiecki?Ścieżka cała w lodzie. Zupełnie jakby płynął nią potoczek i zamarzł w ruchu – wyglądało prześlicznie, ale było dość trudne w obsłudze ;). Paweł zjechał na nogach, ja na tyłku, ale ważne, że jakoś znaleźliśmy się poza tą ślizgawką ;) Tego dnia w ogóle co chwila ćwiczyliśmy wszelkie rodzaje zjazdów (raz po lodzie, raz po śniegu, innym razem po liściach i gałęziach omijając zwalone drzewo...) Poszukiwanie pizzerii w Mieroszowie zakończyło się fiaskiem – jedyną otwartą jadłodajnią był bar, gdzie serwowali średniej jakości pizzę, która zresztą obojgu nam później zaszkodziła, ale co tam – głodni byliśmy, więc przebolałam nawet tą ilość ketchupu i głośną techniawkę, która robiła papkę z mózgu! Posileni już wychodziliśmy z Mieroszowa, aby dojść na piechotę asfaltem (jakieś 2 km) do Chełmska, kiedy Paweł wpadł na to, że przecież idąc możemy jednocześnie próbować załapać się na autostop. „Alina ty łap, bo dziewczyny chętniej zabierają” – i zabrali! Przejeżdżał akurat pewien miły pan i zabrał nas, bo „jego syn ciągle tak podróżuje i miałby wyrzuty sumienia gdyby nas nie wziął”. Dopiero przy końcu drogi okazało się, że to był sam sołtys Chełmska Śląskiego! Dla mnie wrażenie dodatkowe, bo pierwszy raz przemieszczałam się tą metodą. I tym oto sposobem zamiast późnym wieczorem,
Poniedziałek, 31 grudnia 2007
Początkowo ja i Paweł planowaliśmy zimowe wejście na Śnieżkę, ale przez zapowiadane śnieżyce i brak dogodnych połączeń autobusowych musieliśmy zmodyfikować plany. Stanęło na tym, że przejdziemy się grzbietem Gór Kruczych, zachodząc, między innymi, do naszej ulubionej Doliny Miłości.Dzień był przepiękny! Dookoła pełno białego puchu, ale początkowo nie padało, a kiedy później zaczęło było równie wspaniale! Jednocześnie temperatura była dodatnia, momentami świeciło słońce, a my podziwialiśmy przesuwające się w oddali śniegowe chmury (widoczność była bardzo dobra). Nie zapomnę chwili, w której weszliśmy na jeden ze szczytowych punktów, i stanęliśmy ponad chmurą! Dolina była nią przesłonięta niby watą, dalej sterczały też jakieś szczyty, których również nie sięgnęła chmurka... Ach! Można było stać i patrzeć w nieskończoność, a pech chciał, ze akurat tego dnia aparat Pawła nie był w stanie zrobić ani jednego zdjęcia.Schodząc nasze buty nieco głębiej zanurzały się w śniegu – na początkowym odcinku droga nie była zbyt wyboista, więc nie czując groźby utraty życia przez jakiś korzeń, kamień lub coś podobnego, uskutecznialiśmy szalony bieg w dół – przez pokrywający ziemię miękki śnieg i opadające z rzadka, powoli duże płatki – czułam się tak, jakbym skakała po obłokach, a nie biegła górską ścieżką – magiczne uczucie!Magiczne uczucie, i magiczne też miejsce, do którego było nam tak spieszno – Dolina Miłości. Tym razem zaszliśmy nasze źródełko z innej strony i znów napiliśmy się zeń wody (tym razem była lodowata, więc były to symboliczne ilości)... Przypominaliśmy sobie każdy szczegół pamiętnego 27 października, zwłaszcza, że zimą jest tam równie pięknie jak jesienią, aczkolwiek zupełnie inaczej.Doszliśmy do Lubawki, gdzie spotkaliśmy się z Łukaszem i Alicją, jednakże szybko się rozdzieliliśmy, bo my chcieliśmy tam tylko coś zjeść na prędziaka i ruszać w stronę Chełmska. I znów tak jak w niedzielę – w planach był spacerek asfaltem, ale znalazł się miły pan, który się zatrzymał i podwiózł nas do Chełmska Śląskiego.Sylwestra świętowaliśmy wychodząc na małe wzniesienie za domem z lampą naftową Pawła, szampanem i fajerwerkami (race), które panowie odpalali wśród pól. Widzieliśmy w oddali łuny bijące od miasteczek, słyszeliśmy liczne wystrzały, ale najbardziej zaciekawiła nas ta strona krajobrazu, która była spowita całkowitym mrokiem... Było to jakieś wzniesienie, które w dodatku pokrywała czarna chmura.

Wtorek, 1 stycznia 2008
Znów Msza – tym razem „ogłoszeń nie będzie, bo w kościele jest dziś chyba zimniej niż na zewnątrz” – tak zakończył ksiądz, po czym ruszyliśmy we czworo obejrzeć Głazy Krasnoludków. Skały były świetne! Czarowały swoją potęgą i kształtami, a jednocześnie dało się po nich poskakać – namiastka Gór Stołowych. I pytanie: co ukształtowało te skały? Paweł twierdził, że płynąca nieopodal rzeka, natomiast Łukasz, że musiało to być morze... W każdym razie woda i wiatr stworzyły piękne dzieło. Jeszcze w drodze do Głazów spotkaliśmy nasz ulubiony typ „turystów”, czyli eleganciki bez mapy, którzy nie bardzo wiedzą, gdzie się obecnie znajdują. Okazało się, że ci ludzie podjechali samochodem praktycznie pod same skały, ale poszli szlakiem nie w tą stronę co trzeba i mało brakowało a zaszliby do Chełmska – jak im Paweł to pokazywał na planie padło: „a my mamy taką samą mapę, ale zostawiliśmy w samochodzie” co już całkiem nas rozbroiło :D

Środa, 2 stycznia 2008
Czas wracać. Jednakże korzystając z tego, że autobus z Kamiennej Góry mieliśmy dopiero po 14, ja i Paweł jeszcze ten dzień wykorzystaliśmy, aby przejść się pasmem, zwanym Zawory. To był bardzo ładny spacerek ścieżką przyrodniczą – mieliśmy sporo szczęścia, że w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się zacząć nasze kółeczko od tej a nie innej strony – szlak był jednokierunkowy (drzewa znakowane tylko z jednej strony, więc idąc odwrotnie pewnie co krok byśmy się gubili). Obejrzeliśmy rumowisko skalne na zboczach Trupiny (czyli głaziątka na Trupince, bo skałki nie były zbyt duże), „Przykład boru świerkowego” („ – Bór świerkowy... Tak, niewątpliwie jest to bór świerkowy.” – tak to właśnie robiąc mądre miny podziwialiśmy niektóre elementy ścieżki przyrodniczej) Schodząc znów przećwiczyliśmy wszelakiej maści zjazdy po śliskim śniegu, ale śmieszne to było! Na koniec jeszcze zobaczyliśmy niemiecki drogowskaz z 1913 r. – o dziwo nie były skute napisy, więc mogliśmy podziwiać dzieło R.G.V. w całej okazałości.A dalej? Dalej już tylko przypadkowe spotkanie kolegi Jacka na dworcu PKS w Kamiennej Górze i podróż: wszyscy do Wrocławia, a ja jedna do Legnicy.I tak to zakończył się nasz sylwestrowy wyjazd. W moim odczuciu był naprawdę bardzo, bardzo udany! Góry zimą to coś pięknego! Chodziliśmy po mało znanych pasmach, więc zobaczyło się coś całkiem nowego – tak drogi Czytelniku, w Sudetach ładne są nie tylko Karkonosze, a te niższe, mniej znane pasma jak Góry Krucze mają swój urok i nic im tego nie odbierze.